Tu nie chodzi o zarabianie

    Przemysław Barankiewicz
    Przemysław Barankiewicz
    Opublikowano: 30 sierpnia 2019 Aktualizacja: 30 sierpnia 2019

    Wkrótce kolejny spektakularny debiut rynkowy. Na Wall Street wchodzi WeWork. Spółka, która pewnie nigdy nie będzie zarabiać. Skoro tak, wycenia się na blisko 50 mld USD.

    WeWork (a właściwie We, bo trzeba było zmienić nazwę, by odpalać kolejne miliony tantiem swojemu właścicielowi) to taki space as a service, używając modnego ostatnio nazewnictwa. Wynajmuje pomieszczenia na długi termin, ładnie opakowuje i podnajmuje na krótki termin. Ryzykowne, ale sexy. Na tyle sexy, by naciągnąć inwestorów na kilkadziesiąt miliardów dolarów.

    Model biznesowy? Krytycy określają połączeniem „domku z kart” z „magicznym pyłem z Doliny Krzemowej”. Liczby finansowe? Nie są ważne, ale z dziennikarskiego obowiązku wspomnę o chęci wyceny na blisko 47 mld USD, a sprzedaży (nie, nie mylić z zyskiem, tego może nigdy nie być) 1,8 mld USD. Z rynku chcą zebrać 3,5 mld USD, czyli na jakieś dwa lata działalności im starczy, bo od początku 2018 r. firma zanotowała 2,3 mld USD straty. Dobrą, pozbawioną złośliwości, analizę działalności We znalazłem w CB Insights , Najlepszy polski komentarz na bossie.pl, a amerykański na forbes.com.

    Tu nie chodzi o to, żeby zarabiać

    W kapitalizmie AD 2019 coraz rzadziej chodzi o to, by zarabiać. Niedawno Uber wprost napisał w prospekcie, że może nigdy nie być rentowny – a mimo to zasłużył 82 mld USD wyceny w IPO. W Ubera akurat wierzę. W sieć coworkingową – nie. I to mimo że ta użyła w prospekcie emisyjnym 123 razy słowo „tech” (co może być technologicznego w biznesie biurowym? Exspres do kawy? Xero?). We wie, że tech jest sexy (przepraszam, za trzecie x w jednym wierszu). Dlatego nadużywa tego określenia, a zapewne za jeden z głównych KPI uznaje liczbę zapytań o markę w wyszukiwarce google.

    Czuć oddech Theranosa*

    W Polsce także gorszy pieniądz wypiera lepszy. Inwestycyjni guru na spotkaniach ze startupami nie uczą już jak zarabiać, tylko jak pozyskać inwestora. Inwestorzy zaś pokazują swoje check listy/wish listy, gdzie musisz mieć tick, by dostać finansowanie. Na imprezach biznesowych kluczowy jest natomiast pitch. Sami potencjalni przedsiębiorcy nie pytają o rady w biznesie, ale bardziej o to, czym mają się zająć, żeby dostać łatwą kasę.

    Wszystko po to, by zbudować polskiego jednorożca. Wyniki finansowe? Ale po co – ważne są relacje i zdjęcie z ministrem, a jak to nie pomoże, to widowiskowy zakup akcji jakiegoś piłkarskiego klubu. Nic to, że kasa się może nie zgadzać (chwalimy się, że mamy po 100 nowych klientów dziennie, więc powinniśmy już mieć kilkadziesiąt tysięcy, a przychody to …3 mln zł; mówimy, że licencja enterprise to 1,5 mln zl rocznie, a mamy wielu dużych klientów w Polsce… i nie tylko, bo robimy produkt globalny, itd.). Produkt globalny jest ważny, bo lokalne są już passe.

    Nieefektywna alokacja

    Oczywiście, pojawiają też perełki, gdzie widać pomysł, doświadczenie, energię – ale one muszą konkurować o zasoby (=deweloperów) z tymi, o których piszę wyżej, co bardzo podnosi koszty. Nie mówiąc już o tym, jak osłabia to rentowność tradycyjnych, niestartapowych podmiotów, dla których praca nie jest trendy**. Podobnie jest z finansowaniem – łatwiej jest znaleźć pieniądze na „polską Nokię” niż dygitalizację już istniejącego, rentownego biznesu.

    Jak długo potrwa sytuacja, w której zdolność do szybkiego przepalania kasy jest jednym z głównych (pozytywnych!) wskaźników? Długo. W funduszach VC pracują mądrzy ludzie, świadomi tego, o czym wyżej piszę. Ale są one też pewne, że na swoje udziały w kolejnej serii inwestycyjnej znajdą następnych inwestorów, a w ostateczności zrobią IPO na giełdzie (nie chodzi oczywiście o Polskę, bo tę rolę Książęca straciła kilka lat temu). Albo znajdą jeszcze większy fundusz, albo podzielą start-up na części i sprzedadzą, albo start-up piwotuje i zmieni core business. Póki będzie świeży zastrzyk, biznes będzie się kręcić. Coś Wam toprzypomina? Tak, słowo na „p”, którego boję się użyć.

    Piramida kończy się, gdy zabraknie kasy. Czy jej zabraknie? Kiedyś na pewno. Kiedy? Nie wiem, ale lepiej nie mieć wtedy udziałów w jakimś 10-letnim …startupie.

    Uwaga!
    – Wszelkie podobieństwa do firm przypadkowe
    – Wiem, wiem, świadomie nadużyłem zwrotów angielskojęzycznych. Chciałem być catchy.

    * Theranos? Obejrzyj: 

    ** Pamiętam świetnego programistę, którego koniecznie chciałem zatrzymać w zespole. Pomijając żądanie podwojenia pensji, na liście życzeń pojawiła się także lodówka na bieżąco uzupełniana puszkami coca-coli.


    Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

    Pokaż komentarze (0)

    przepalanie-wazniejsze-niz-zarabianie