Izba Domów Maklerskich skarży się na Admiral Markets

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak
Opublikowano: 6 sierpnia 2018, 21:29 Aktualizacja: 7 sierpnia 2018, 23:43

W dniu 1 sierpnia 2018 roku za sprawą European Securites and Markets Authority (ESMA) wprowadzono zasady interwencji produktowej dot. kontraktów różnic kursowych (CFD). Izba Domów Maklerskich (IDM) zwraca uwagę, że na rynku działają podmioty, które zachęcają do przenoszenia swoich rachunków inwestycyjnych do krajów, które nie są objęte interwencją produktową. Konkretnie chodzi o Admiral Markets, które wg IDM „zachęca” klientów do przenoszenia rachunków do spółki zależnej z Australii. W związku z tym IDM wystosowała list do Komisji Nadzoru Finansowego i do wiadomości Ministerstwa Finansów, UOKiK-u, Rzecznika Finansowego, Sejmowej Komisji Finansów Publicznych oraz Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.

Ciekawe, czy to wszyscy kluczowi adresaci, czy kogoś zabrakło?

Interwencją produktową ESMA, czyli dźwignia maleje

Europejski Urząd Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) w dniu 1 czerwca 2018 r. opublikował decyzję w sprawie tymczasowego wprowadzenia ograniczeń w zakresie obrotu, dystrybucji lub sprzedaży kontraktów na różnice kursowe (CFD) przez firmy inwestycyjne klientom detalicznym na obszarze Unii Europejskiej. Jest to tzw. interwencja produktowa ESMA.

W ramach tejże interwencji ograniczono maksymalną dźwignię finansową na głównych parach walutowych z poziomu 100:1 do 30:1. Podniesiono także minimalny depozyt z 1% do 3,33%. Dla innych par walutowych dźwignię ograniczono z poziomu 1:50 do 1:20

W ramach interwencji wprowadzono także mechanizm ochrony klienta przed ujemnym saldem, czyli sytuacją gdy po wystąpieniu luk cenowych klient nie tylko traci depozyt i pozostałe na rachunku środki, ale też „na koniec dnia” musi dopłacić, bo jest na tzw. minusie.

Wyjście z jurysdykcji UE oznacza, że klienci w praktyce dalej mogą stosować dźwignię 1:100. Nie obowiązuje ich też ochrona przed ujemnym saldem, ale o tym dalej.

 

W wiadomości czytamy

„Admiral Markets, firma inwestycyjna świadcząca usługi brokerskie dla rynku forex, CFD i futures, zachęca klientów detalicznych w Polsce do przenoszenia swoich rachunków maklerskich do spółki zależnej Admiral Markets Pty Ltd z siedzibą w Australii, która jest podmiotem licencjonowanym przez Australian Securities and Investments Commission (ASIC). Broker, jako podmiot zarejestrowany poza granicami UE, będzie mógł oferować inwestorom indywidualnym konkurencyjne warunki transakcyjne i dostęp do znacznie wyższej dźwigni finansowej niż ta, oferowana przez krajowe domy maklerskie, które podlegają interwencji ESMA. Istnieje uzasadnione podejrzenie, że nie jest to działanie w najlepiej pojętym interesie klienta. Pojawia się tu również ryzyko arbitrażu regulacyjnego. Z załączonego wynika, że zmiana jurysdykcji rachunku klienta, a tym samym jego warunków handlu, sprowadza się do kliknięcia w przycisk dostępny po zalogowaniu się do Pokoju Inwestora Admiral Markets. Zmiana nadzorcy następuje najprawdopodobniej w sposób automatyczny”.

IDM w komentarzu do decyzji ESMA zwracał uwagę, że pomysł ograniczenia dźwigni może i jest kierunkowo dobry, ale przyniesie skutki odwrotne do oczekiwanych, bo klienci wybiorą inne jurysdykcje. Jednocześnie między wierszami zwracano uwagę, że skoro już tak się wydarzyło, że dźwignia maleje, to państwo powinno przypilnować by każdy stosował się do nowych regulacji (czyt. (…) Mamy nadzieję, że za pomocą odpowiednich narzędzi prawnych i kontrolnych państwo dołoży starań dla wyeliminowania nadużyć z polskiego rynku i zapewni dalsze warunki rozwoju dla krajowej branży domów i biur maklerskich). Wszystko jest jasne i oczywiste.

Poniżej znajdziecie też skan pisma IDM-u:

 

O co chodzi?

Większość klientów rynku Forex lubi i szanuje możliwość korzystania z dźwigni i najchętniej korzystaliby z jak najwyższej, przy czym jak najwyższa to grubo ponad 1:100. O tym, że na Forexie można stracić nie tylko to co się włożyło, ale także zrobić sobie manko wie chyba każdy, kto potrafi obsługiwać Google i wpisał do sieci hasło „forex” lub „dźwignia na CFD”. Z raportu NIK i innych publikacji wynika, że 80% inwestorów na transakcjach forexowych traci. Do 2015 roku była to kwota 2,1 mld zł, średnio 19,5 tys. zł na klienta. Liczby robią wrażenie, ale bądźmy ostrożni w wydawaniu kategorycznych wyroków, bo czasem wynik opracowań to tylko kwestia przyjętej tezy.

Do tego dochodzi pamiętna kampania KNF-u, która przestrzegała przed Forexem. Możemy uczciwie napisać, że interwencja ESMA ma chronić klientów detalicznych o niskim poziomie wiedzy nt. rynków walutowych przed własną chciwością, która czasem kończyła się utratą oszczędności. Jednakże na rynku są też osoby, które godzą się na ryzyko, rozumieją je lub nawet jeśli nie, to zwyczajnie świadomie je ignorują (co trzeba napisać wprost).

Dla nich interwencja produktowa ESMA zmniejszająca maksymalną wysokość dźwigni to duży cios, bo sprawia, że poziom potencjalnej wygranej transakcji na rynku dramatycznie maleje. To psuje „zabawę”, bo zwyczajnie zmniejsza atrakcyjność Forexu. I teraz przechodzimy do sedna. Domy Maklerskie lub platformy, które dopuszczają możliwość pokrętnego nie zastosowania się do interwencji ESMA – zachowują przewagę dźwigni (i niższych poziomów depozytów), co powoduje przyciągnięcie klientów od tych platform, które bez kręcenia zastosowały się do przepisów. Druga sprawa, że w tym wypadku platformy tracą klientów nie tylko na rzecz tych cwańszych, ale także innych rynków – m.in. kryptowalut.

Niektóre Domy Maklerskie zarabiają na forexie, co boli te, które takich platform nie stworzyły. Parę lat temu (niewiadomo z jakiej przyczyny do dzisiaj, bo inaczej przecież by temu zaradzono) Polscy inwestorzy indywidualni przenieśli się z giełdy właśnie na CFD. Niektórzy twierdzą, że tu przynajmniej są uczciwe zasady… Ja uważam, że twierdzenie, że rozwiązanie „problemu Forexu” sprawi, że ludzie zainteresują się rynkiem akcji na GPW to jak twierdzenie, że antyszczepionkowcy to ruch wizjonerów, który chroni nas przed globalnym spiskiem.

Taka gra w ciuciubabkę

W ramach wtrącenia napiszę, że takie XIX-wieczne myślenie (bardzo popularne w Polsce w latach 90-tych, teraz wciąż popularne, ale trochę mniej) to podstawowa cecha gadających ekonomicznych głów, które raz – nie mają pojęcia o tym, kim są klienci zgłaszający popyt na daną usługę, a jeśli już to wiedzą to ich nie rozumieją. Badanie postaw i przechodniość, badania behawioralne, zaawansowane analizy, setki wywiadów i wypowiedzi ekspertów praktyków, tysiące komentarzy na forach internetowych, dziesiątki konferencji i rozmów z ludźmi, a efekt – kompletny brak zrozumienia czegokolwiek i uparte trwanie przy z góry założonej tezie chroniącej interes danej grupy. Tak właśnie czytam wypowiedzi „ekspertów”.

Ogólnie sprawa jest ciekawa i jestem bardzo zainteresowany jak rynek dostosuje się do nowych okoliczności, a także co zrobią klienci. Może ostatecznie okazać się, że nie stanie się nic… lub klienci uciekną do mniej regulowanych rynków, bo jak już wspomniałem – w przypadku inwestycji forex – w mojej opinii – podstawową cechą klienta jest przeświadczenie, że ma więcej szczęścia niż pozostali i/lub jest mądrzejsi niż inni. Ogólnie jest to niebezpieczna mieszanka. Takie osoby zawsze znajdą sposób na to, by zainwestować środki w atrakcyjne, ale ryzykowne instrumenty. Większość w ogóle nie wspomina o stracie tylko zbiera kupkę od nowa i wraca w nadziei, że tym razem mu się uda. Czasem tak właśnie jest.

/ŁP

 


Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

Pokaż komentarze (0)

izba-domow-maklerskich-skarzy-sie-na-admiral-markets