12 października 2017, 09:00:V edycja Marketing Progress - Kino Nowe Horyzonty, Kazimierza Wielkiego 19a-21, 50-077 Wrocław, Polska

Janusz Diemko – polskie FinTechy nie mają łatwego życia

Janusz Diemko - prezes Polskich ePłatności

Polski rynek agentów rozliczeniowych jest w dużej mierze zdominowany przez gigantów z USA. Jest pośród nich jednak nasz polski rodzynek, czyli Polskie ePłatności. Zapraszamy na rozmowę z prezesem spółki, Januszem Diemko. Z prezesem rozmawiał Rafał Tomaszewski.

Rafał Tomaszewski: Dzień dobry! Może na początek opowiedziałby nam Pan o działalności Polskich ePłatności. Jak sobie radzicie z tak silną konkurencją?

Janusz Diemko: Dzień dobry. Myślę, że sekret leży w tym, że cały czas się rozwijamy. Działamy od 2010 roku i bardzo mocno stawiamy na rozwój technologiczny. Jesteśmy jednym z nielicznych agentów rozliczeniowych o tak dużym rozmiarze na polskim rynku, który posiada polski kapitał.

To prawda, że obracamy się pośród potężnej zagranicznej konkurencji, ale nie próżnujemy. Szukamy przewagi tam, gdzie to tylko możliwe. Niedawno podpisaliśmy umowę przedwstępną nabycia części biznesu Kolportera, związaną z akceptacją kart płatniczych. Skupiamy się głównie na naszym lokalnym rynku, ale w przyszłości jesteśmy otwarci również na ekspansję zagraniczną.

R.T.: Jak z Waszej perspektywy wygląda polski rynek płatności bezgotówkowych?

J.D.: Na pewno w oczy rzuca się jego innowacyjność. Pomimo tego, wciąż wielu Polaków nie chce płacić kartą. Moim zdaniem musi dokonać się tutaj po prostu naturalna zmiana pokoleniowa.

W dużych miastach nie ma problemu z akceptacją kart płatniczych, jednak wystarczy wyjechać poza Warszawę, czy Wrocław i już widać różnicę. Polskie banki starają się jak mogą i oferują bardzo atrakcyjne warunki, jednak ludzie mieszkający w małych miastach po prostu nie czują potrzeby używania kart czy też rachunków bankowych.

Z jednej strony, nie obracają oni dużymi sumami, a z drugiej, są przyzwyczajeni do posiadania fizycznego pieniądza. Ludzi trzeba uświadamiać o przewadze płatności bezgotówkowych, ale nie ma co wprowadzać zmian na siłę. To musi wyjść od samego społeczeństwa.

R.T.: Ciekawi mnie Pana opinia odnośnie sytuacji polskiej branży FinTech. Jak wygląda to z Waszego punktu widzenia?

J.D.: 

Polskie fintechy mają jeden zasadniczy problem – ciężko jest im pozyskać klientów. W Polsce, jeżeli startup ma kilka tysięcy akceptantów, to już można mówić o sukcesie. W krajach zachodnich normą jest baza kilkakrotnie większa niż w Polsce.

Niestety, nie możemy porównywać się z Londynem czy Berlinem. Można zdobyć finansowanie, ale jest go mniej i trudniej je uzyskać. Problemem jest również wspomniany wcześniej  mniejszy rozmiar rynku. Dlatego tak ważna jest współpraca fintechów z bankami.

Dzięki temu poszerza się baza klientów i wzrasta zaufanie do start-upu. Ewidentnie widać odchodzenie od poglądu, że banki i fintechy to rywale.

My współpracowaliśmy z jednym z rodzinnych start-upów branży fintech, firmą ZenCard, która teraz została kupiona przez PKO BP. Największe banki w Polsce mają wielomilionowe bazy klientów. Właśnie tego potencjału cross-sell brakuje polskim fintechom.

R.T.: A czy widzi Pan jeszcze jakieś inne przeszkody? Czy tylko względnie skromny rynek?

J.D.: Na pewno regulacje. Dobry przykład, jak należy sobie z tym radzić, dali nam Brytyjczycy. W Wielkiej Brytanii założenie firmy jest bardzo proste, a dzięki „regulatory sandbox” start-upy mają łatwiejsze wejście na rynek.

Tylko tutaj znów dochodzimy do problemu rozmiaru rynku.  Start-upy w UK i w USA  mają łatwiejszy dostęp do finansowania i klientów. Cały ekosystem wspierający fitechy jest tam o wiele większy i bardziej rozbudowany.

Wracając jednak do regulacji – podobają mi się działania polskiego Rządu i Premiera Morawieckiego, właśnie w tym zakresie. Rząd mocno promuje płatności bezgotówkowe i naciska na wprowadzenie w Polsce „regulatory sandbox”.

R.T.: Właśnie, myśli Pan, że do tego dojdzie?

J.D.: Myślę, że może do tego dojść. Ministerstwo do tego dąży, ale musi jeszcze przekonać do tego sporo osób, wykazując przy tym determinację.

R.T.: Wracając jeszcze do kwestii płatności bezgotówkowych, jak Pana zdaniem można zachęcić ludzi do rezygnacji z gotówki?

J.D.: Niestety ciężko będzie odwrócić w Polsce ten trend, ponieważ ponad 80% sprzedaży detalicznej nadal odbywa się przy użyciu gotówki. Uważam, że dobrym pomysłem jest nakładanie dodatkowych kosztów na obieg gotówki między bankami albo między bankiem a klientami, czy też za wypłacanie jej z bankomatów.

Podoba mi się też rządowy program, w ramach którego w każdym sklepie ma się pojawić terminal płatniczy. Musimy dążyć do sytuacji, w której obok kasy fiskalnej zawsze będzie znajdował się terminal. Dobra infrastruktura to podstawa.

R.T.: Skąd Pana zdaniem u ludzi to przywiązanie do gotówki?

J.D.: Wydaje mi się, że wśród akceptantów panuje błędne przekonanie, że płatności gotówką są tańsze od tych bezgotówkowych. Duże znaczenie ma tu również mocne przyzwyczajenie do tej formy płatności.

Wielu ludzi myśli, że źli agenci rozliczeniowi pobierają wysokie opłaty, z czego biorą się duże koszty. Tak naprawdę to obrót gotówką jest o wiele droższy. Wystarczy pomyśleć o kosztach związanych z przeliczaniem, przetrzymywaniem, transportem czy też zabezpieczeniem gotówki.

R.T.: Ciekawi mnie jeszcze, dlaczego wciąż w niektórych punktach nie przyjmuje się płatności kartą w niskich kwotach? Wciąż można spotkać miejsca, gdzie usłyszmy „Płatność kartą od 20 zł”.

J.D.: Nie ma już żadnych przeciwskazań, żeby przyjmować płatności kartą nawet za gumę do żucia. Ciągłe ustawianie barier tego typu wynika z braku znajomości realiów rynkowych albo bardzo niskich obrotów takiego punktu.

R.T.: A co Pan myśli o niedawnym projekcie Komisji Europejskiej, w którym pojawił się nawet pomysł całkowitego zlikwidowania gotówki? Czy uważa Pan, że takie rozwiązania siłowe mają sens?

J.D.: Uważam, że nie mają. W większości krajów bardzo niechętnie przyjmuje się płatności w gotówce wysokimi nominałami. Tak jest nie tylko w Polsce. W Wielkiej Brytanii pracownicy punktów handlowo-usługowych bardzo dokładnie oglądają każdy banknot pięćdziesięciofuntowy i krzywią się, gdy muszą wydać z niego resztę.

Uważam jednak, że wszelkie radykalne zmiany w tym zakresie muszą wychodzić od społeczeństwa. Nie można przecież zlikwidować gotówki, jeżeli wciąż duża część społeczeństwa bardzo chętnie z niej korzysta. Zmiany muszą tutaj zachodzić przez ewolucję, a nie przez rewolucję.

R.T.: Na koniec mam jeszcze do Pana pytanie odnośnie przyszłości płatności. Jak Pan myśli, czy wszelkiego rodzaju płatności za pomocą smartwatchów, smartfonów i tym podobnych rzeczy ma szansę wyprzeć karty płatnicze?

J.D.: Nie, wydaje mi się, że nie. Muszę tutaj zgodzić się z Robertem Łaniewskim, że najbliższa dekada upłynie pod znakiem kart płatniczych.

Mimo, że czasem płatność za pośrednictwem smartwatcha albo pierścionka może być przydatna, to ma to jednak swoje zastosowanie tylko w określonych przypadkach – na przykład gdy idziemy pobiegać lub poćwiczyć na siłowni.

Wydaje mi się, że popularność takich gadżetów ma jedynie charakter epizodyczny. Moda na nie stopniowo przemija i to wciąż karty płatnicze są najchętniej wykorzystywane do płacenia. Widać to na przykład po statystykach banków, odnośnie wykorzystania płatności HCE.

R.T.: Dziękuję za rozmowę.

J.D.: Dziękuję.

Podziel się artykułem
Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+Email this to someone