Microsoft chce bronić demokracji

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak
#Microsoft
Opublikowano: 27 września 2018 Aktualizacja: 19 lutego 2019

Internet jest potężnym medium – to banał, który większość ludzi ignoruje. Nieszczęśliwie dla ludzkości w ostatnich latach stał się on doskonałym narzędziem dla wszelkiej maści producentów fake newsów – szarlatanów płaskoziemców, znachorów od witaminy C, apologetów Wielkiej Lechii, antyszczepionkowców, pseudoautorytetów ekonomicznych, prawnych i politycznych. Można napisać, że to internetowy folklor. Niestety, ignorowanie pewnych zjawisk doprowadziło do stanu, w którym absurdy i oczywiste kłamstwa zaczęły stanowić zagrożenie cywilizacyjne. Możliwość manipulacji społeczeństwem za pomocą informacji jest tak wielka, że wpływa m.in. na wyniki wyborów.

O tym, że fake newsy są zagrożeniem mówią praktycznie wszyscy. Często nawet sami producenci fake newsów. Bardzo łatwo je tworzyć – wystarczy wymyślić tezę, a następnie poszukać dowolnych danych, które ją uwiarygodnią. Jak ktoś napisze, że z danych GUS-u wynika xyz, a to oznacza, że ABC – to mało kto zwróci uwagę np. na nieuprawnione porównanie różnych badań na różne tematy. Korelacje pozorne, mylenie przyczyny ze skutkiem – to chleb powszedni. My dziennikarze często sami stajemy się nieświadomymi producentami fake newsów, bo często brakuje nam nie tyle co kompetencji i wiedzy, ale przede wszystkim krytycznego spojrzenia na to, co wpada na nasze redakcyjne skrzynki.

Dyskusja na tematy gospodarcze jest szczególnie trudna (ale nie tak, jak na tematy medyczne), bo materia jest skomplikowana i każdy, kto opanował proste działania matematyczne czuje się uprawniony do formułowania niepodważalnych opinii. Istnieje sporo źródeł i jeszcze więcej chętnych do interpretacji.

Przykład: w bardzo popularnym portalu internetowym tuż obok siebie mogą wisieć dwa artykuły bazujące na tych samych danych. Pierwszy z tytułem: „Wielki sukces rządu, bezrobocie najniższe od lat” a drugi z tytułem „Brak rąk do pracy doprowadzi Polskę do ruiny i powstrzyma wzrost gospodarczy”. Jeden i drugi artykuł to oczywista bzdura, ale żeby to ocenić nie wystarczy opanowanie praw de Morgana. Potrzeba jeszcze wiedzy eksperckiej. Zmęczony Polak po pracy nie ma czasu na teoretyzowanie, z wygody ufa autorytetom. W ostateczności jego umysł zaczynają wypełniać wzajemnie sprzeczne informacje. Tysiące tego typu przykładów składa się na złożony proces deprywacji postrzegania rzeczywistości i zagubienie.

Przepis na podzielone społeczeństwo

Gdy człowiek nie wie, gdzie się znalazł to szuka najjaśniejszych latarni – niestety, tymi zwykle okazują się skrajnie populistyczne, ale za to proste idee, postulaty i postawy (ruchy skrajnie lewicowe lub prawicowe, itp). Dodając do tego szczyptę strachu i niepewności otrzymujemy przepis na podzielone społeczeństwo. Sprawy nie da się łatwo wyprostować, bo na mechanizm „fakenewsowania” narażony jest praktycznie każdy.

Jeśli zarazi się nim maturzysta, to jeszcze jest szansa, że z czasem uda się go uratować. Najgorzej, gdy choroba ta dopadnie kogoś z tytułem profesora, co jest nierzadke. Niebezpieczeństwo jest ogromne, bo ludzie wykształceni i inteligentni jednocześnie często nie posiadają zdolności przyznawania się do błędu – fakt, że ktoś próbuje ich przekonać do zmiany poglądów bywa nadinterpretowany przez nich jako atak na ich życiowe dokonania. Ostatecznie dochodzi do popisu erudycji, czyli powoływania się na cytaty z nieżyjących już autorytetów, najlepiej XIX-wiecznych, ale to nie reguła. Koniecznie warunki to śmierć przed upowszechnieniem Internetu i nagrodą Nobla na koncie.

Proces kompilacji informacji, brak higieny doboru źródeł, formułowanie radykalnych tez, skrajne odchylenia, wyciąganie zdarzeń z kontekstu, przepisywanie kultury… Bardzo możliwe, że straciliśmy pokolenie. Dzisiaj zasadne byłoby wprowadzenie odpowiedniego antyfake news-ówego szkolenia do programu nauczania. Ale kto miałby tego uczyć?

Być może uratuje nas biznes, który może jeszcze tego nie policzył, ale z całą pewnością na opisanych powyżej zjawiskach po prostu traci (materialnie i niematerialnie). Microsoft właśnie ogłosił rozpoczęcie programu na rzecz obrony demokracji (Microsoft Defending Democracy Program).

Do udziału w nim zaprosi wszystkie zainteresowane strony w demokratycznych krajach na całym świecie. Moim zdaniem jest to  potężna i ważna wiadomość. Microsoftowi można zarzucić wiele. Jednakże jest to firma, która w wielkim stopniu przyłożyła się do stworzenia Internetu i cyfrowego świata w ogóle. Mam nadzieję, że nie jest to akcja tylko w kontekście wyborów do Kongresu w USA. Nie jest tajemnicą, że Google też niedawno zmienił swoją politykę np. niepodpisane teksty w dużym skrócie traktuje jako fake newsy. Facebook też prowadzi walkę z fake newsami, co po aferze z Cambridge Analytica i przesłuchaniu Marka Zuckerberga w zasadzie jest być albo nie być dla tej największej platformy społecznościowej świata.

Co proponuje Microsoft

Program ma opierać się na czterech filarach. Pierwszy to ochrona kampanii przed cyberatakami. Ulepszone monitorowanie kont użytkowników brzmi jak zamach na wolność, ale wierzę, że chodzi o ich weryfikację. Nie znamy szczegółów więc powstrzymam się od komentarza. Drugi element to zwiększenie przejrzystości reklam w Internecie np. poprzez wspieranie odpowiednich wniosków legislacyjnych (Honest Ads Act w kontekście USA) i wdrażanie dodatkowych środków samoregulacji na platformach Microsoft. Trzeci filar to stały monitoring technologii – szczególnie tych, które wykorzystywane są w procesach wyborczych. Na koniec pozostaje obrona opinii publicznej przed kampaniami dezinformacji. Tutaj pojawia się również walka ze „śmieciowymi wiadomościami”.

– Oczywiste jest, że demokracje na całym świecie są atakowane. Niestety Internet stał się dla niektórych rządów drogą do kradzieży informacji, rozprzestrzeniania dezinformacji i sondowania oraz potencjalnych prób manipulacji systemami do głosowania. Widzieliśmy to podczas wyborów powszechnych w Stanach Zjednoczonych w 2016 r., w maju ubiegłego roku podczas francuskich wyborów prezydenckich, a teraz w sposób rozszerzający się, gdy Amerykanie przygotowują się do listopadowych wyborów parlamentarnych – napisał w swoim wpisie Brad Smith, President and Chief Legal Oficer Microsoft (jeden z piewców ustanowienia Digital Geneva Convention).

Brat Smith przy okazji ogłosił udostępnienie darmowej usługi MicrosoftAccountGuard dla wszystkich sztabów wyborczych i kandydatów w wyborach, którzy posiadają konto Microsoft 365 (w USA). W dalszej części artykułu opisał także próby przejęcia domen np. office365-onedrive.com, które prawdopodobnie miały być wykorzystane przez STRONTIUM (APT28) do ataków phishingowych w celu wyłudzenia danych lub po prostu manipulowania opinią.

W USA dyskusja nt. wpływania na wyniki wyborów oraz produkcję i rozpowszechnianie fake newsów jest już nie tylko poważna, ale prowadzi do podejmowania realnych działań. Do Polski też dojdzie ta fala i w końcu otrzeźwiejemy. Miejmy nadzieję, że nastąpi do zanim będąc pod wpływem fake newsów i innych bzdur rozbijemy się na jakimś drzewie wyrośniętym z ziarna głupoty.

Grafika: Pixabay.


Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

Pokaż komentarze (0)

microsoft-chce-bronic-demokracji