Porażki, które uczą? Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak
Opublikowano: 16 lipca 2018 Aktualizacja: 18 lipca 2018

Sektor fintech w Polsce już powinien zacząć chodzić – na razie jeszcze raczkuje. Polska to trudny rynek, gdzie kapitału jest mało a inwestorzy są niecierpliwi. Czasem najlepsze pomysły z różnych powodów upadają, przy czym „brak szczęścia” to bardzo dyplomatyczne określenie całego zestawu błędów. Haiz, JustDrive i BeamUp – te trzy firmy wymieniane są obok siebie w kontekście fintechów, które miały dobry start, ale coś poszło nie tak. Niech się nie cieszą konkurenci. Takich startupów, których usta ledwo wystają na powierzchnię jest więcej.

Nie jest to historia wielkich porażek jak Nokii czy Kodaka więc nie ma powodu do znęcania się i wytykania błędów. Młode firmy próbują i to jest bardzo dobre. Większości, o której nawet nie słyszymy – nie udaje się nawet zaistnieć na pięć minut. W przypadku wspomnianych trzech startupów sytuacja jest inna, bo o projektach przez moment było głośno w pozytywnym kontekście – co akurat świadczy o nich dobrze i należy się pochwała. Każdy projekt oczywiście był inny. Gdyby jednak próbować sprowadzić ich porażkę do wspólnego mianownika to „brak pokory” chyba byłby tym właściwym.

JustDrive and don’t buy hot dog

Gdy pierwszy raz usłyszałem o JustDrive to pomyślałem, że jest to super pomysł, ale to chyba niemożliwe. Orlen miałby wejść w takiego deala z mało znanym startupem? Intuicja podpowiadała, że to zbyt piękne. Z drugiej strony – why not? Wszyscy chcą być fintechowi. Skoro PKO BP ma Zencard, to kto wie… Może moda na fintech w spółkach skarbu państwa wychodzi poza inkubatory i przeradza się w faktyczne dostarczanie usług? Okazało się, że jednak nie. JustDrive miał umożliwić zakup paliwa na stacji bez konieczności podchodzenia do kasy.

W teorii miało działać to tak, że tankujesz, uruchamiasz apkę za pośrednictwem, której dokonujesz płatności i jedziesz dalej. Bez hot doga i bez kawy. Sen trwał tylko kilka dni – ostatecznie usługa została zawieszona. Na rynku mówiło się o niedochowaniu warunków kontraktu przez JustDrive. Twórcy aplikacji i państwowy gigant wzajemnie przerzucali się winą za zaistniałą sytuację. Nie wyszło. Brak pokory w tym wypadku polegał na tym, że w zasadzie nie przetestowano modelu współpracy. Nauczka dla wszystkich młodych fintechów – zanim ogłosisz, że masz partnera z WIG20 to najpierw kilka tygodni potestuj, czy partner z WIG20 zdaje sobie w ogóle z tego sprawę, że istniejesz.

BeamUp to też był ciekawy przypadek

Aplikacja do dzielenia rachunków miała zawojować świat młodzieży. Murale obok Zebry Tower, reklamy w popularnej internetowej kreskówce „Blok Ekipa” i super promocje. Eksperci z którymi rozmawiałem, od początku twierdzili, że dzielenie rachunków w Polsce to biznes, który jest bardzo niszowy. Kierowanie produktu do osób, które w dodatku jeszcze nie mają pieniędzy tylko pogłębiało tę niszę.

Zwłaszcza, że na rynku jest silna konkurencja ze strony „przelewów na numer telefonu”, czyli w zasadzie BLIK-a, SkyCasha i nowoczesnego podejścia lokali gastronomicznych, które powoli wdrażają systemy do dzielenia rachunków bezpośrednio na terminalach płatniczych (czy to kiedyś będzie standard?). Tanie bilety do kina i kasa za polecenie wydawały się dobrą marchewką, ale też dużym kosztem.

Dzisiaj liczą się dane i wydane zgody przez klientów. Przez pierwsze dwa/trzy lata inwestorzy nawet nie myślą o zyskach… potem brak rentowności uzasadnia się wzrostem skali biznesu, a ostatecznie debiutuje się na giełdzie i koniec historii.

Powody szybkiego zakończenia działalności BeamUp w zasadzie nie zostały dobrze wyjaśnione… Aplikacja działała od końca listopada do czerwca, ale decyzję o zamknięciu biznesu ogłoszono w kwietniu. Do tego miesiąca BeamUp pozyskał prawie 50 tys. użytkowników (sporo), którzy wykonali blisko 170 tys. transakcji, w tym ponad 5 tys. zakupów dostępnych na platformie produktów. W przypadku gdy za grupę docelową mamy młodych ludzi to brak pokory w przekazie reklamowym nie jest wskazany. Zwłaszcza, że chcemy dotrzeć do osób, dla których konsumenci „piwa marki Dzik” są idolami. Warto przy tym zauważyć, że wspomniani idole rzadko mają okazję za to piwo zapłacić z własnych pieniędzy (lub w ogóle).

Haiz to aplikacja, która miała uczyć dzieci oszczędzania

Ściągnąłem ją na telefon po czym dowiedziałem się, że do jej pełnego działania konieczne jest założenie konta w Alior Banku. Cyfrowy Buntownik to bardzo dobry bank, ale po co mi kolejne konto – pomyślałem i apkę skasowałem (aha, czyli tu była kasa:). To było niezapomniane doświadczenie. Teraz dowiadujemy się, że Alior i Haiz rozstają się („zdecydowano o nie przedłużaniu umowy”), ale to podobno nie jest koniec działania firmy, która zapowiedziała nowe otwarcie już niebawem.

Haiz było/jest przeznaczone dla rodzin z dziećmi. Dzięki niej rodzic miał kontrolę nad wydatkami swojej pociechy – mógł sprawdzić na co wydaje pieniądze, komu je przesyła, jak jej idzie uprawianie wirtualnego drzewka do oszczędzania (sentyment do tamagotchi?). Ponadto rodzice mogli uzupełniać konto swoim latoroślom, a dzieciaki przelewać kasę za pomocą komunikatora do swoich znajomych (pod warunkiem, że byli na liście). Innymi słowy, Haiz to trochę komunikator, trochę tamagotchi, trochę apka mobilna banku, trochę Messenger i trochę ekupony. Co mogło pójść nie tak?

Niemniej szkoda, bo chociaż nie wierzę w to, że dzisiaj na nauce oszczędzania dzieci da się zbudować wiarygodny model biznesowy, to jednak nie wykluczam, że będzie to możliwe w przyszłości.

Droga do sukcesu zwykle prowadzi przez ścieżki porażek

Wiele fintechowych startupów ledwo dycha – niektóre ogłaszają upadłość zanim jeszcze ktokolwiek o nich usłyszy. Inne, takie jak np. Folx po prostu kończy działalność, bo usługa najprawdopodobniej trafiła na zły moment w czasie i nie udało im się pozyskać więcej niż kilka tysięcy numerów.

Fintechowy startup to ciężki kawałek chleba, który w 90% przypadków kończy się klapą. Uspokajamy – to całkowicie normalne. Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą.

W Polsce czasem panuje przeświadczenie, że porażka definiuje człowieka. Wchodzisz na LinkedIn i masz wrażenie, że są tu sami ludzie sukcesu, którzy wiedzą lepiej lub od początku wiedzieli, że coś nie wyjdzie. Poważnie? Jednego dnia powołujemy się na Steve’a Jobsa, czy Billa Gatesa i mówimy, że trzeba się od nich uczyć zadziorności i wiary we własne przekonania… a gdy przychodzi co do czego to stwierdzamy, że Jobs był tylko jeden. Świat się zmienia. Ludzi czeka „stuletnie życie”. Nie da się w tym czasie nie popełniać błędów. Życzmy ich sobie jak najmniej i jednocześnie nie zamykajmy drzwi nikomu, kto „porażkę” odniósł, ale wyciągnął z niej lekcję.


Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

Pokaż komentarze (0)

porazki-ktore-ucza-gdzie-drwa-rabia-tam-wiory-leca