Progi podatkowe w miejscu, czyli podatki w górę

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak
Opublikowano: 11 grudnia 2018, 22:10 Aktualizacja: 11 grudnia 2018, 22:10

Temat ten jest już odgrzewanym kotletem, ale warto o tym przypominać, bo sprawa dotyczy coraz większej liczby osób. W Polsce kulturowo przyjęło się, że w drugi próg podatkowy wpadają tylko ludzie zamożni, którzy zarabiają grubo ponad przeciętną krajową. Ten mit upada.

Progi podatkowe nie były waloryzowane od 10 lat (pisaliśmy o tym w maju). Obecnie by załapać się na 32% stawkę podatku wystarczy pensja w wysokości nieco ponad 8 tys. zł brutto. W 2009 przeciętne wynagrodzenie wynosiło 3,1 tys. zł brutto. Obecnie jest to 4,5 tys. zł brutto. Dekadę temu na drugi próg załapywały się osoby, które zarabiały dwie i pół średniej krajowej miesięcznie. Dzisiaj wystarczą niecałe dwie.

W 2018 roku na II próg załapie się rekordowa liczba Polaków

W 2009 roku wyższy podatek zapłaciło ok. 380 tys. ludzi. W 2016 roku było ich już 750 tysięcy. W 2018 roku ich liczba prawdopodobnie przekroczy 800 tysięcy. Polacy są coraz bogatsi, dlatego wchodzą w drugi prób podatkowy? Nie, po prostu nie był on waloryzowany od 10 lat. Gdyby zastosowano proporcje z 2009 roku, to II próg podatkowy powinien znajdować się na poziomie ok. 127 tys. zł dochodu rocznego.

Polacy zarabiają marnie w porównaniu do naszych zachodnich i południowych sąsiadów (w Czechach lepiej płacą). System podatkowy wcale nie pomaga tego stanu rzeczy zmienić. Podatki można podnosić na kilka sposobów, jednym z nich jest także brak waloryzacji progów podatkowych. Podwyżki wynagrodzeń są wypadkową koniunktury, popytu i podaży, regulacji, a także wzrostu cen i kosztów życia. Pensje raczej rosną. Społeczeństwo jest zamożniejsze niż 10 lat temu, ale trudno określić mianem bogacza kogoś kto osiąga dochód na poziomie 5,8 tys. zł netto miesięcznie, czyli ok. 1,3 tys. euro.

Zoptymalizowani etatowcy

Polacy zarabiający więcej niż przeciętna krajowa coraz częściej zastanawiają się nad optymalizacją podatkową poprzez przejście na własną działalność gospodarczą i stosowanie podatku liniowego. Jednak coś zawsze jest kosztem czegoś – statystycznie podbija to bazę liczby przedsiębiorców, z których w zasadzie większość to zoptymalizowani etatowcy. Na rękę zarobią więcej, ale w ten sposób w zasadzie rezygnują z emerytury, bo zasadnicza większość płaci ZUS w możliwie najniższej wysokości. W dłuższej perspektywie jest to sposób na hodowanie problemów społecznych w przyszłości.

W 2019 roku duży ZUS przedsiębiorców wyniesie już ok. 1300 zł (nie znamy jeszcze wartości wzrostu składki zdrowotnej). To 72 zł więcej niż obecnie.

To utrudnia dyskusję np. o tym, by uzależnić wartość ZUS-u od wielkości przychodów, co mogłoby pomóc prawdziwym drobnym przedsiębiorcom. Nie będzie to nigdy proste i przejrzyste, bo w zasadzie nie da się systemowo oddzielić przedsiębiorców-etatowców od drobnych rzemieślników i kupców, a następnie wywarzyć wartość składek tak, by jednych odciążyć, a drugim specjalnie za dużo nie dołożyć. W konsekwencji prowadzi to do niewydolności systemu emerytalnego i konieczności ciągłych reform (w tym wprowadzenia pracowniczych planów kapitałowych).

Wprowadzane korekty w systemie podatkowym nie rozwiązują problemu, którego źródłem jest wysokie obciążenie stosunkowo niskich dochodów z pracy. Ku refleksji, zwłaszcza w kontekście spodziewanego pogorszenia koniunktury gospodarczej.

 


Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

Pokaż komentarze (0)

progi-podatkowe-w-miejscu-czyli-podatki-w-gore