Świat musi usłyszeć o „Polish regulatory sandbox”

Citi Handlowy uruchamia wirtualną piaskownicę dla fintechów

Po co robić fajne rzeczy, skoro nikogo to nie obchodzi? Powiedzmy sobie szczerze – kogo interesuje piaskownica regulacyjna? Inwestorów, przedsiębiorców, ekspertów, czyli raczej nie zadeklarowanych fanów pudla. Temat ten powinien trafić przede wszystkim do zagranicznych posiadaczy kapitału, którzy rozglądają się po świecie w poszukiwaniu perspektywicznych rynków. Polska do nich należy. Fakt, że informacja o uruchomieniu piaskownicy regulacyjnej pojawiła się w anglojęzycznych mediach należy uznać zatem za sukces, ale potrzeba więcej.

Bardzo możliwe, że gdyby ostatnimi czasy tematy aferalne nie były przewodnimi, to uruchomienie piaskownicy regulacyjnej miałoby szansę na większe zainteresowanie ze strony mediów.

Na razie o „Polish regulatory sandbox” pojawiło się raptem kilka informacji w zagranicznych mediach (Finextra, Fintech Futures) – to już jest coś, ale za mało. Warto tu odnotować, że dobrą robotę robi Cashless, który artykuł o uruchomieniu piaskownicy opublikował w wersji anglojęzycznej. Przydałaby się jeszcze jakaś duża kampania w mediach niemieckich, amerykańskich i francuskich (zero informacji). W zasadzie takie projekty powinny być finansowane przez fundację narodową… „Come, invest in Poland. We have regulatory sandbox, make fintech in Warsaw, etc..”. Nawet sukces Roberta Kubicy w F1 możemy linkować do rozwiązań fintechowych, które są wdrażane na Orlenie.

Bez miliona nie podchodź

Informacja o uruchomieniu piaskownicy regulacyjnej skierowana jest do fintechów. Niekoniecznie polskich, bo nie jest żadną tajemnicą, że uczestniczenie w tym eksperymencie wiąże się z koniecznością wyłożenia grubej kasy. Bez miliona na koncie nawet nie podchodź do tematu fintechów, a nawet taka kwota to za mało.

Startupy fintechowe najczęściej potrzebują dokapitalizowania w kwocie, za którą można spokojnie otworzyć restauracje McDonald, która – w odróżnieniu od startupowego fintechu – jest pewniejszym biznesem. Oznacza to, nie mniej nie więcej, że Polska, będąca odkąd pamiętam krajem na dorobku, po prostu nie ma w swoich zasobach zbyt wielu tak odważnych i bogatych inwestorów, którzy byliby gotowi na takie ryzyko.

Każdy się chwali. My też musimy

Brytyjczycy chwalą się swoją piaskownicą gdzie popadnie. Singapur, Australia, Arabia Saudyjska, Malezja, Kazachstan również. Estończycy na każdej konferencji podkreślają jakim są super e-państwem. To są strategie PR-owe, nawet jeżeli mocno lukrowane, to jednak publikowane o nich informacje z dużą skutecznością trafiają do tych, do których mają dotrzeć. Do analityków, researcherów, firm doradczych (przykładowo obserwujemy, że niedługo po publikacji BCG o digital lendingu w Indiach w tym kraju zaczął się boom na fintechy). Kolejny etap to wycieczka na konferencje, lokalne rozeznanie i decyzja o inwestycji. W dużym skrócie tak to właśnie działa.

Nawet jeśli polska piaskownica regulacyjna nie jest tym, czego oczekiwaliśmy to fakt, że istnieje działa na naszą korzyść. Wykorzystajmy to. Bezpośrednio może nie da się tego ewaluować, ale pośrednio daje to nadzieję, że może jakiś potencjalny jednorożec zrodzony w polskim sandboxie, w przyszłości zadebiutuje na GPW. Tym samym dając możliwość pomnożenia środków, które będą transferowane do PPK. Topornie przypomnę, że Softbank ma 100 mld USD do wydania. A takich funduszy, w czasach ujemnych stóp procentowych i luzowania ilościowego, jest więcej. Zainwestują u nas, ale najpierw muszą się dowiedzieć, że Polska istnieje, jest stabilna (bez tradycyjnego brzydkiego słowa na „ch”).