Maciej Przygórzewski z Currency-One: do rozwoju potrzebne są innowacje

    Łukasz Piechowiak
    Łukasz Piechowiak
    Opublikowano: 25 maja 2018, 14:23 Aktualizacja: 7 sierpnia 2019, 16:46

    Obecna formuła kantorów internetowych pozwala im być na rynku, ale do rozwoju potrzebne są innowacje. Jakie zagrożenia regulacyjne dotyczą branży niebankowych internetowych internetowych w Polsce? Czy karty wielowalutowe stanowią zagrożenie dla tego biznesu? Czy Polska powinna przyjąć euro? Na te i szereg innych pytań odpowiedział Maciej Przygórzewski – główny ekspert Currency-One, operator serwisów Internetowykantor.pl i Walutomat.pl.

    Łukasz Piechowiak: Dzień dobry Macieju. Jaką widzisz przyszłość kantorów internetowych w Polsce?

    Maciej Przygórzewski: Patrząc na to, co oferują główni gracze na rynku, wyraźnie widać, że obecna formuła kantorów pozwala być na rynku, ale do rozwoju potrzebne są innowacje, które przyciągną nowych klientów. Dobrym przykładem jest wejście kantorów internetowych do usług transferowych.

    Ł.P.: Co to znaczy?

    M.P.: Wykonujemy transfery do osób trzecich. Tak naprawdę waluta może nam być potrzebna z kilku różnych powodów. Moment, kiedy ja, jako użytkownik fizyczny wymieniam walutę i ona wraca do mnie na konto, jest wygodny do niektórych zastosowań. Natomiast, jeśli mam opłacić sobie wakacje w Chorwacji, to nie chcę zakładać dla siebie konta w kunie chorwackiej, bo po pierwsze nie wiem, gdzie to zrobić i jak to zrobić i nie chcę też płacić horrendalnych bankowych stawek za transfer do Chorwacji. Wolę wymienić walutę w kantorze internetowym i od razu wysłać ją do mojego bezpośredniego odbiorcy w Chorwacji.

    Dzięki temu, ja zaoszczędzę trochę czasu, zaoszczędzę pieniądze nie tylko na wymianie i transferze, ale nie będę musiał także otwierać konta bankowego, które prawdopodobnie poza tymi jednymi wakacjami nie będzie mi już więcej potrzebne. Coraz częściej pojawiają się jakieś przygody z odbiorem gotówki. I tutaj jest ten sam powód – bardzo fajnie jest wymienić walutę, ale czasem potrzebujemy gotówkę. Gdy mamy konto w banku, które pozwala w łatwy sposób wypłacić nam tę gotówkę to wszystko jest dobrze, ale niestety często jest tak, że to kantory potrafią lepiej udostępnić wygodniejszą formę odbioru gotówki niż odbiór we własnym banku. Dlaczego? Dlatego, że odbiór w banku jest relatywnie drogi i nie zawsze sieć placówek jest rozbudowana na tyle, by jej odbiór był wygodny dla klienta.

    Ł.P.: Ale gdy wykonujemy taki transfer, to jak fizycznie odbiera się tę gotówkę? W bankomacie?

    M.P.: Dominujący model wygląda w ten sposób, że część banków oferuje odbiór w placówce bankowej. Banki mają jeszcze kasy walutowe, mimo tego że zmniejszają ich zasięg. Na podstawie PESEL-u możemy odebrać określoną kwotę, którą wcześniej wysłaliśmy sobie do danej placówki.

    Ł.P.: Czyli, jeśli kupuję np. kunę chorwacką za pośrednictwem kantoru internetowego, wskazuję swój bank i oddział i za parę dni mogę przyjść i odebrać tę walutę, tak?

    M.P.: Lepszym przykładem byłoby euro, nie wiem, czy ktoś kunę chorwacką prowadzi w obrocie kasowym w Polsce. Natomiast w przypadku euro, większość banków posiada stany walutowe w euro, w związku z czym nie jest to problemem. To jest trochę sytuacja „win-win” pomiędzy bankami, a tego typu podmiotami, ponieważ przeważnie w obrocie gotówkowym jest nadpodaż walut. W związku z czym każdy, kto dobiera taką walutę z placówki, wyrównuje stany w bankach. To jest przykład udanej synergii.

    Ł.P.: Czyli wg Ciebie przyszłość kantorów internetowych, to jest też trochę „omnichannel”?

    M.P.: Tak, wydaje mi się, że to przestaną być platformy typu kantor internetowy. Niedługo będziemy mówili znacznie częściej o platformach wymiany walut, ponieważ te platformy będą robiły znacznie więcej rzeczy.

    Ł.P.: Oprócz wymiany walut i transferu pieniędzy, jakie jeszcze mogą to być usługi?

    M.P.: Na zachodzie wyraźnie widzimy, że podmioty z branży naszej, bądź podobnych wchodzą w tej chwili w kryptowaluty. W Polsce Komisja Nadzoru Finansowego nie zostawiła wątpliwości, czy polskie kantory internetowe powinny się zainteresować kryptowalutami. Dość popularnym produktem są również karty. Ale to tak naprawdę wynika z tego samego, to jest ten „omnichannel”, czyli wszystko, co jest związane z moimi płatnościami kartowymi, ja rozwiązuję z jednym partnerem. Dobrym przykładem takich ciekawych rozwiązań kartowych jest np. Revolut z UK, który bardzo agresywnie wszedł w rynek kartowy.

    Ł.P.: Revolut jest chyba koronnym przykładem rozwiązania, gdzie można wymieniać waluty i w czasie rzeczywistym rozliczać się.

    M.P.: Revolut również poszerza te kanały, które ma. Nie skupił się wyłącznie na kartach. Dołożył do swojej zabawy kryptowaluty, sprzedaje ubezpieczenia, ma swojego vaulta, czyli usługę oszczędnościową. Chodzi o to, że wszystkie podmioty dążą do tego, by jak najwięcej czynności użytkownik wykonywał z nimi.

    Ł.P.: Powracając do polskiego rynku, widzimy, że na rynku zachodnim rozwija się to w kierunku kartowym, idzie to też w kryptowaluty, a gdzie ten rozwój w Polsce?

    M.P.: W Polsce na razie duże podmioty oferują przelewy do osoby trzeciej. Wyraźnie widać zwiększoną liczbę prac nad kartami multiwalutowymi. Wg mojej opinii karty te w Polsce zostaną zdominowane przez banki. Wątpię, aby fintechy weszły agresywnie w ten produkt, ponieważ ten rynek jest już w pewnym sensie silnie nasycony. Revolut ostatnio zadeklarował, że ma 100 tys. klientów w Polsce, nie otwierając jeszcze rachunków.

    Ł.P.: Cel mają do końca roku na 150 tys., więc szybko im idzie.

    M.P.: Wiemy, że Revolut jest na razie w takiej fazie rozwoju biznesu, gdzie jest znacznie bardziej zainteresowany gwałtownym zwiększeniem skali. Jeszcze nie monetyzują tego w sposób docelowy. Dlatego podmiotom, które chcą na bieżąco wykazywać zyski i z zysków się finansować, a nie np. z kolejnych emisji akcji, będzie bardzo ciężko podjąć walkę z Revolutem. Podejrzewam, że banki nie odpuszczą tematu kartowego, bo bank bardzo będzie chciał nam sprzedać kartę – szczególnie kredytową, bo wtedy to się wiąże z bardzo dużymi marżami. Natomiast nie spodziewam się, aby zbyt duża liczba polskich fintechów wchodziła w rynek kartowy. Jest to za mała skala, aby zbudować masę, która pozwoli być efektywna cenowo bez większego partnera.

    Ł.P.: To jest dobry argument, bo rzeczywiście trzeba mieć skalę w tym biznesie, aby oferować produkt prawie za darmo.

    M.P.: Ten produkt nigdy nie jest za darmo. Ktoś musi za niego zapłacić. Im większa skala, tym łatwiej jest nam te opłaty ukryć. Wszystkie opłaty związane z utrzymaniem karty, wypłatami z bankomatów – one spadają wraz ze skalą tej działalności. Więc albo ktoś złapie dużego partnera, z którym zrobi biznes, albo będzie walczyć z tym, aby samemu zbudować skalę, która pozwoli osiągnąć rentowność.

    Ł.P.: Wy już macie skalę, jesteście jednym z największych albo największym kantorem internetowym w Polsce. Działacie na wielu rynkach, nie tylko w Polsce, więc w jakimś kierunku też będziecie się rozwijać. Jak wspomniałeś sama wymiana walut, jakieś oczywiste usługi wynikające ze zdefiniowanych potrzeb konsumenta, czyli transfery do osób trzecich, o którym mówiliśmy. To wszystko wydaje się jasne i zrozumiałe. Ale czy istnieje jakaś potrzeba do tego, by iść dalej i zaproponować jakąś rewolucję w tym temacie? Bo fundamenty tego biznesu są dość jasno określone – są waluty i trzeba je wymieniać.

    M.P.: Jest trochę tak, że z jednej strony owszem jest pewien kanon tego biznesu, ale zawsze jest miejsce, w którym można zrobić coś lepiej. Zawsze w momencie, kiedy firma wejdzie na lokalne rynki – po pierwsze ma łatwość w pozyskiwaniu klientów stamtąd, a po drugie ma dostęp do lokalnych technologii przelewowych. Umówmy się, że lepiej wysyła się  po Polsce przelewy Elixirem niż tymi wszystkimi międzynarodowymi technologiami typu SWIFT, które są droższe i wolniejsze. W związku z tym wyjście poza polskie podwórko i otwieranie oddziałów w innych krajach powoduje, że do tych innych krajów będzie można zaoferować  transfery znacznie taniej, znacznie szybciej, czyli znacznie wygodniej. W dzisiejszych czasach nikt nie chce czekać na pieniądze.

    Ł.P.: Czyli dziś internetowy kantor musi być instytucją płatniczą.

    M.P.: Wydaje mi się, że nie tyle musi, co powinien. Można zostać z tym, co się ma i odcinać kupony od tego, co się ma. Natomiast większość osób prowadzących tego typu biznesy, nie prowadzi ich dlatego, że akceptuje tę skalę. Kto się nie rozwija, ten umiera.

    Ł.P.: Jakie zagrożenia, ryzyka albo szanse regulacyjne dostrzegasz na rynku wymiany walut w Internecie?

    M.P.: Podstawowe zagrożenie, które dostrzegamy, to takie, że klient zawsze był przyzwyczajony do tego, że żeby wykonać czynność „X” wystarczyło podanie wystarczającej ilości informacji. W tej chwili klient jest w pewnym szoku, ponieważ zawsze wymieniał walutę podając imię, nazwisko, PESEL, serię i nr dowodu osobistego, a niedługo będzie proszony o wylegitymowanie się tym dowodem. Są oczywiście różne bardziej dogodne metody pokazywania tego dowodu online…

    Ł.P.: Czy ja dobrze rozumiem, że żeby wymieniać waluty w Internecie, trzeba będzie pokazać dowód osobisty? Jaka to jest regulacja?

    M.P.: Mam na myśli lipcową nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

    Ł.P.: Ale dane z dowodów, czy zdjęcia?

    M.P.: Dane.

    Ł.P.: Żeby potwierdzić dane z dowodu, trzeba zobaczyć dowód.

    M.P.: Tak. Są w tej chwili firmy, również w branży fintechowej, które zajmują się odczytywaniem tych danych w sposób bezpieczny i pewny, np. biorę mój dowód osobisty z portfela, przykładam go do kamery, a automat wie, które pola ma odczytać. Nie wysyłam w związku z tym żadnych skanów zdjęć itp., pokazuje tylko jednej instytucji ten dowód. Druga rzecz, która będzie pewną zmianą, dotyczy PSD2. Prawdopodobnie będzie można przekazywać tego typu dane pomiędzy podmiotami. W związku z tym, jeśli raz gdzieś się pokażemy z dowodem, będzie można przesyłać te dane dalej, nie pokazując ich.

    Ł.P.: Jeśli RODO na to pozwoli.

    M.P.: Tak, to prawda. Wydaje mi się, że ta część jest w miarę niezagrożona. Wiadomo, że wszyscy liczą na to, że otrzymają pełne dane od konkurencji, a sami nie będą musieli nic wystawić. Zawsze jest tak, że wszystkie dodatkowe dokumenty i informacje, które trzeba pobrać od klienta z jednej strony są ryzykiem. Jest ryzyko, że klient będzie szukać podmiotu, który tego nie zbiera i tu jest właśnie ten podstawowy problem, że mniejsze podmioty, szczególnie bez licencji instytucji płatniczej, będą mieć trochę łatwiej.

    Ł.P.: Wiadomo, że każda regulacja, to jest też koszt jej wprowadzenia i dostosowania się. Czyli możemy śmiało powiedzieć, że to nie będzie rynek dla małych podmiotów, tylko dla dużych – tych, których będzie stać na prowadzenie działalności.

    M.P.: Każda kolejna regulacja, każda kolejna weryfikacja klienta powoduje, że rośnie jednostkowy koszt. Jeżeli mamy pracownika, który na pełen etat rozwiązuje takie problemy, to jego etat rozbija się na wielu użytkowników i to jest jeszcze w miarę opłacalne finansowo. Jeśli mały podmiot będzie musiał postawić pracownika do weryfikacji, to albo on będzie robił to jako dodatek do czegoś, co będzie wolne, czyli niewygodne dla klienta lub będzie to robił, jako główną działalność, ale będzie to  drogie i „niewygodne biznesowo”.

    Ł.P.: Czyli w kantorach internetowych, jak wszędzie, zagrożenia regulacyjne pomnażające koszty działalności i są istotnym czynnikiem wpływającym na prowadzenie tego biznesu.

    M.P.: W tym biznesie już widzimy konsolidację, bo w ciągu kilku lat najmniejsze podmioty zaczęły uciekać z rynku. Są odkupywane przez większych graczy. Przeważnie chodzi o bazy klientów, bo po co komu wiele marek? Dla bardzo dużych graczy na rynku kupienie bardzo małego brandu nie jest atrakcyjne. Każde wejście kolejnej regulacji będzie powodowało, że mniejszym podmiotom lepiej będzie skonsolidować się z dużym podmiotem niż kontynuować dalej działalność i wdrażać te wszystkie zmiany, bo ich koszt może się nie zwrócić w logicznej perspektywie czasowej.

    Ł.P.: Kapitał ma swoją wartość, lepiej sprzedać coś teraz bez inwestycji, które wcale mocno nie podniosą wartości tej spółki. Więc rzeczywiście, to jest jasne i zrozumiałe. Wróćmy do polskiej gospodarki i prognoz. Wskaźniki są zadowalające, są dobre. Nawet bardzo dobre. Nie oszukujmy jednak samych siebie. Kiedyś dojdzie do spowolnienia. Winter is coming. Część analityków twierdzi, że osłabienie polskiej gospodarki w perspektywie 18 miesięcy będzie spowodowane „osłabieniem polskiej waluty”. Jak Ty uważasz?

    M.P.: Staramy się nie robić wielomiesięcznych prognoz, można je sobie zapisywać na dysku i potem się z nich śmiać po kilku miesiącach. Złotówka jak każda waluta ma naturalny mechanizm, który wszystko stabilizuje. Złotówka naszym zdaniem powinna się poruszać w szerokim korytarzu między około 4,15 do 4,30. gdy spada do 4,15 jest trochę za mocna i to ciąży eksporterom. W rezultacie eksport spowolni wobec tego, co mógłby pokazać przy 4,30. Z drugiej strony, gdy docieramy do poziomu 4,30 nagle się okazuje, że przy 4,30 inwestycje w Polsce stają się atrakcyjne, ale rosną ceny. Nie spodziewałbym się, że w ciągu najbliższych miesięcy wydarzy się coś, co pozwoli wyraźnie wybić się z tego przedziału. W tej chwili jesteśmy raczej na górnej linii możliwości. Wiadomo, że jeśli w mediach pojawi się kilka mocniejszych wypowiedzi, możemy zobaczyć poziom 4,35. Wydaje mi się, że o ile nie wydarzy się nic dziwnego we Włoszech, bo tutaj akurat Włosi mają niestety więcej do powiedzenia w ramach ostatniego budowania rządu, to będziemy przez kolejne miesiące obserwowali trend, gdzie euro do złotego będzie w przedziale rozpiętości 5%

    Ł.P.: Jak uważasz, czy Polska powinna zastanowić się nad przyjęciem euro?

    M.P.: Jestem wśród tych osób, które na to pytanie odpowiedzą zdecydowanie: tak. Powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi możliwościami, żeby nie przegapić dobrych. Co do samego przyjęcia, tak jak wspomniałem są pewne podejrzenia, że z istotnym prawdopodobieństwem można czekać na spowolnienie w światowej gospodarce w nadchodzących latach, dlatego nie jestem przekonany, czy to byłby dobry moment. Ostatnie problemy gospodarcze pokazały, że słabiej rozwinięte państwa ze wspólną walutą radziły sobie w ramach takich problemów gorzej, niż podobnie rozwinięte państwa bez wspólnej waluty.

    Ł.P.: Jest to porównywanie jabłek do gruszek, bo te słabiej rozwinięte państwa miały też olbrzymie problemy strukturalne, które są inne od tych problemów, które my mamy. Więc ciężko jest stwierdzić, czy rzeczywiście to by była analogiczna sytuacja.

    M.P.: Jeżeli mamy dobry moment w gospodarce światowej, to dobrze jest zdjąć z importerów, eksporterów ryzyka walutowe. Nie będą musieli się zabezpieczać. Będą prognozowali, jak to będzie wyglądało za miesiąc lub dwa i wszystko będzie się rozwijać. W sytuacji niepewności, w której byliśmy w 2008 i 2009 roku, sytuacja, w której złotówka mogła osłabić się i gospodarka mogła odzyskać konkurencyjność, spowodowało, że my się nie zawinęliśmy. Wiadomo, że kredytobiorcy powiedzą nam coś zupełnie innego, że oni woleliby, aby frank był dalej po 2 zł. Gdybyśmy jednak wtedy zostali z euro po 3,40 zł, to polski eksport byłby w ogóle niekonkurencyjny i zobaczylibyśmy recesję wieloprocentową, jak to działo się w kilku państwach w takiej sytuacji. Per saldo nie wiem, czy po tych 10 latach nie bylibyśmy w gorszej sytuacji niż jesteśmy w tej chwili. Wiadomo, że kredytobiorcy walutowi, szczególnie frankowi powiedzą coś innego.

    Ł.P.: Wydaje się, że frank dziś jest w takiej cenie, że kredytobiorcy frankowi nie mają powodów do narzekań.

    M.P.: Kiedyś dyskutowano o tym, czym jest sprawiedliwy kurs wymiany. Chodziło o podstawowy problem w podejściu do tzw. sprawiedliwego kursu. Uznano, że kurs miał odwzorowywać to, co by się działo, gdybyśmy wzięli ten sam kredyt w złotówkach w tym samym czasie i nastąpiłoby wyrównanie. Podstawowym problemem, który mamy w 2018 roku jest to, że przez niski LIBOR frankowy i tak dużo razy nie dopłaciliśmy tych dodatkowych odsetek. Mimo tego, że podstawa oprocentowania nadal jest większa, że płacimy za te franki 3,70 zł, okazuje się, że jest coraz mniej scenariuszy, kiedy kurs sprawiedliwy nie powinien podnieść kursu franka, ponieważ przez 10 lat nie płaciliśmy  dodatkowych odsetek.

    Między WIBOR-em, a LIBOR-em istnieje różnica. WIBOR w tej chwili jest na poziomie 1,78%, a LIBOR -0,64%, czyli jest niemal 2,5 p. proc. różnicy. Jeśli co roku nie spłacamy 2,5 % od kredytu, wówczas przez 10 lat nie zapłaciliśmy dwudziestu kilku procent. Temat kredytobiorców frankowych w kampaniach wyborczych dalej będzie wracał. Natomiast coraz mniej osób będzie do niego wracać, ponieważ w takiej normalnej, merytorycznej dyskusji ktoś im w końcu wytknie ile taki przeciętny kredytobiorca frankowy zapłacił za swój kredyt, a ile zapłaciłby za taki sam kredyt w złotych i że tak naprawdę wcale nie dzieje im się zdecydowana krzywda.

    Ł.P.: Tak, ale ta dyskusja ma też inne wymiary, które przechodzą do pytania, czy to były tylko franki, czy kredyty indeksowane? Czy bank miał prawo coś takiego zrobić, czy nie miał takiego prawa? Pojawiają się też tematy związane z misselingiem. Jeśli chodzi o czystą arytmetykę, to kredytobiorca, czy był indeksowany frankiem, czy był to rzeczywiście portfel frankowy, to i tak jest korzystne rozwiązanie dla nich. Tutaj kłopoty dotyczą raczej wartości tych kredytów związanych z przeszacowaniem możliwości spłaty przez kredytobiorcę. To jest dyskusja wielowymiarowa zahaczająca bardziej w treść kontraktów i formy prawnej kredytu niż kursu.

    M.P.: Na pewno nie można jej spłaszczyć tylko do tego, ile kosztuje frank i ile zaoszczędzono. Spodziewam się, że tak jak w ostatniej kampanii kredyty frankowe były grubym tematem, tak w kolejnych ich nie zobaczymy z takim nasileniem.

    Ł.P.: A jakie perspektywy dla polskiej gospodarki widzisz? Czy Ty jako ekonomista masz jakieś obawy?

    M.P.: Jestem optymistą, ale wolałbym, żebyśmy wykorzystywali okres dobrej koniunktury, bo inaczej nie można nazwać okresu, gdzie bezrobocie wygląda w taki sposób, a gospodarka rośnie po 4%. Zdecydowanie wolałabym żebyśmy nadpłacili trochę zadłużenia i żebyśmy nie wchodzili w kolejne turbulencje tak blisko, do poziomów krytycznych. Nie da się ukryć, że żyjemy obecnie w jednym z lepszych momentów pod kątem koniunktury gospodarczej. Mamy bardzo przyzwoity, nieprzerwany wzrost od wielu lat, a bezrobocie w tej chwili jest bardzo niskie.

    Ł.P.: Nie ma bezrobocia?

    M.P.: W Poznaniu, w którym nasza firma ma siedzibę, bezrobocie staje się tematem akademickim. W momencie, gdy zeszliśmy poniżej 2,5%, zeszliśmy poniżej tego, co ekonomiści uważają za bezrobocie naturalne, czyli takie, które powinno istnieć na rynku, żeby ludzie mogli normalnie zmieniać pracę. Moje spostrzeżenie jest takie, że szkoda, że okresu takiej koniunktury nie wykorzystujemy po to, by przygotować się na gorszą. Patrząc na to, co się dzieje na zewnątrz, najbardziej niepokoi mnie pewna nierównowaga w gospodarce światowej. Amerykanie z kryzysu wyszli zdecydowanie szybciej niż Europejczycy, widać to wyraźnie po danych. Europa w dalszym ciągu zmaga się z resztkami tego, co było. Jest jeszcze wiele państw, szczególnie na południu, które na dobre jeszcze nie poradziły sobie z kryzysem.

    Widać po Europejskim Banku Centralnym, że w dalszym ciągu mamy bardzo niskie stopy procentowe, żeby nie zdusić tego zalążku wzrostu gospodarczego. Amerykanie już w tej chwili pokazują stopy procentowe na poziomie Polski. Amerykanie podniosą stopę procentową przynajmniej jeszcze w czerwcu, a prawdopodobnie jeszcze także w grudniu tego roku. Ta dysproporcja zacznie mieć bardzo duży wpływ na rynek walutowy. Jeżeli nic się nie zmieni będziemy obserwować umocnienie dolara, bo jeśli za dolary będzie się płacić 2% więcej odsetek niż za euro, to decyzja o lokowaniu kapitału jest oczywista. Ze strony europejskiej podejrzewam, ze to jest celowe zagranie na osłabienie europejskiej waluty, która w pewnym momencie była zbyt silna i zdusiła wzrost gospodarczy. Rozmawiamy o konsekwencjach wspólnej waluty, gdzie Niemcy mają osłabione euro dzięki czemu mają bardziej konkurencyjną gospodarkę. Z kolei Włosi, Grecy, Hiszpanie, Portugalczycy płacą za podniesienie konkurencyjności Niemców.

    Ł.P.: Możemy tutaj postawić kropkę, bo istotą naszej rozmowy jest przejście do puenty, a puenta nie może być negatywna. Co musi zrobić dobry fintech, aby wykorzystać te informacje, które są ogólnie dostępne na rynku, żeby się rozwijać?

    M.P.: Przede wszystkim to, co musi robić dobrych fintech, to słuchać swoich klientów. Cała ta branża wyrosła z tego, że inne duże instytucje, przeważnie banki, nie umiały zrobić czegoś w sposób wygodny dla użytkownika albo nie umiały zrobić tego odpowiednio tanio lub nowocześnie. Jeżeli fintechy odejdą od tego, że przestaną być tą instytucją, która rozumie użytkowników i umie spełniać ich potrzeby, to tak naprawdę mogą się zamknąć.

    Ł.P.: Czyli wystarczy słuchać i mieć kasę.

    M.P.: Przede wszystkim trzeba tworzyć produkt, którego potrzebują użytkownicy, a nie produkt, który wydaje nam się dobry. Bo jeśli będziemy przygotowywać produkty na zamkniętych spotkaniach, bez badania potrzeb użytkowników, to albo nam się uda bo jesteśmy wizjonerami, jak pewien Amerykanin z produktami z nadgryzionym jabłkiem, albo znikniemy.

    Ł.P.: „Jobsów” w latach 80-tych było bardzo wielu, ale udało się tylko jednemu.

    M.P.: Ryzyko takiego podejścia jest wysokie, ale premia za sukces także. Moim zdaniem, dzisiaj są możliwości do tego, by słuchać użytkowników i robić innowacje, których oczekują. Fintechy powinny być podmiotami, które wyróżnia właśnie ta cecha.

    Ł.P.: Dziękuję za rozmowę.

    M.P.: Ja również dziękuję.

    Z Maciejem Przygórzewskim rozmawiał Łukasz Piechowiak.

     


    Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

    Pokaż komentarze (0)

    maciej-przygorzewski-z-currency-one-do-rozwoju-potrzebne-sa-innowacje