Najgłupsze teksty fintechów

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak
#Fintech
Opublikowano: 22 sierpnia 2018, 18:15 Aktualizacja: 20 lutego 2019, 20:14

W serwisie 11fs.com znajdziemy zabawną i trafną serię wpisów opisujących najgłupsze stwierdzenia powtarzane przez przedstawicieli danej branży. Tym razem padło na sektor fintech, który często jest też utożsamiany ze startupami technologicznymi.

Wpis red. Nursigadoo to celna prześmiewcza diagnoza bełkotliwych frazesów, które stosunkowo często padają na konferencjach i panelach. Mało kto ma odwagę „sczelengować” je publicznie. Poniżej moja subiektywna lista, która będzie aktualizowana. Być może nie mam racji, dlatego zapraszam do dyskusji.

„Robimy fintech, który nie będzie bankiem tylko challengerem dla banków”

Ale w zasadzie będzie robić dokładnie to samo co robią banki, czyli otwierać rachunki dla klientów, którzy będą mogli na nie wpłacić pieniądze, po to by je następnie wydać za pomocą karty, którą nasza startup im sprzeda lub wręcz da za darmo w zamian za XYZ. Do tego na naszej platformie będzie można zaciągnąć kredyt, bo posiadamy unikalny sposób oceny zdolności kredytowej wykorzystujący sztuczną inteligencję… To w końcu ma być bank, czy „nie bank”? „Nie bank, który robi dokładnie to samo co bank, tylko bez tych wszystkich regulacji, które sprawiają, że banki nie są fajne”. Aha.

„Compliance? Jaki compliance?”

„Nasz fintech docelowo outsourcuje wszystkie procesy do podmiotów regulowanych przez co mamy niższe koszty, jesteśmy elastyczni i dodatkowo możemy skupić się na rozwoju. Niestety, w tym kraju nie ma środowiska i klimatu do rozwoju dla fintechów takich jak nasz, bo żaden bank nie chce z nami współpracować”. To spisek.

„Jesteśmy na etapie poszukiwania inwestora lub partnera/pozyskiwania dotacji na rozwój, ale świat chyba nie jest gotowy lub rynek nie dojrzał by zrozumieć jak wielki disruption zrobi nasz produkt/usługa”

Żeby była jasność – poszukiwanie inwestora lub staranie się o dotację to nic złego. Jest to całkowicie normalne, często konieczne i nie ma absolutnie żadnego wstydu w tym, że przedsiębiorca zabiega o zainteresowanie w celu pozyskania kapitału. Rzecz w tym, że styl i metoda nie będzie mieć znaczenia, tylko jeśli jest się skutecznym. Gorzej, gdy nic z tego nie wychodzi. A najczęściej nie wychodzi dlatego, że produkt lub usługa nie działa, jest źle zaadresowana lub zwyczajnie powiela to, co już na rynku jest obecne od dawna – nie dając przy tym żadnej realnej i widocznej przewagi, którą można zmonetyzować. Powszechna jest też zabawna niemoc udzielenia prostej odpowiedzi na pytanie, gdzie w tym koncepcie znajduje się model biznesowy?

„Zwrot z inwestycji jest nieistotny, skoro mamy szansę na dynamiczny globalny rozwój. Twitter też ciągle jest na stracie, a jednak cały świat z niego korzysta”. To częsta odpowiedź, która ma zamknąć usta. Zwykle udzielają je osoby, których produkt/usługa wymaga zaangażowania po stronie partnerów bardziej „tradycyjnych fintechów” działających na lokalnym rynku bez większych możliwości na globalny rozwój. To wzajemnie sprzeczny komunikat. W języku mówionym brzmi błyskotliwie, ale gdy się to napisze… to przypominają się prawa De Morgana.

„Nie wydajemy nic na marketing”

„Nie wydajemy nic na marketing, czyli nie kupujemy reklam w mediach, nie mamy reklamy outdoorowej, itd. Mamy zbyt dobry produkt, by go reklamować. Ludzie sami do nas przychodzą, bo właśnie tego potrzebowali”.

Słuchając takich wypowiedzi można dojść do wniosku, że w nowoczesnej gospodarce wydatki na reklamę to zbędna pozycja w budżecie. Sprowadzanie marketingu tylko do reklamy produktu lub usługi jest uproszczeniem głęboko zakorzenionym nawet w świadomości samych marketingowców. Ciekawe co na to powiedziałby Philipp Kotler? Za takie podejście na egzaminie student ma murowaną dwóję. Inaczej rzecz ma się na konferencjach i panelach, gdzie takie stwierdzenia mogą liczyć na owacje i oklaski.

Czymże, że jest pensja osoby, która utrzymuje intensywne relacje z dziennikarzami, występuje na panelach, uczestniczy w konferencjach, przygotowuje informacje nt. nowych produktów, udziela wywiadów, etc.? Nie, to nie są wydatki na „marketing” (celowo w cudzysłowie).

„Jesteśmy młodym dynamicznym i elastycznym zespołem składającym się z bardzo kreatywnych osób”

Kult młodości w czystej postaci. Szkoda, że często tylko „ciała”, ale już nie „ducha”. Startupy złożone z samych młodych osób budzą mój niepokój. Nikt nie odmawia im zdolności i talentu. Rzeczywiście, bardzo często przewyższają one poziom umiejętności osób z dłuższym stażem na rynku pracy. Przyczyn jest wiele, które często wystarczy sprowadzić do wspólnego mianownika „życie”, czyli powtarzalności dnia codziennego, które na pewnym etapie kariery jest pożądane, ale jednocześnie usypia czujność.

Nie zmienia to faktu, że doświadczenie jest bardzo ważne. Szczególnie w sektorze finansowym i tu nie ma absolutnie dyskusji, bo jest to sprawa oczywista. Młodzież, która nie chce korzystać z wiedzy i doświadczenia starszych kolegów i koleżanek, może spodziewać się (prędzej czy później) wystąpienia tzw. zaskakujących problemów krytycznych.

Do tego dochodzą kwestie struktury organizacji. Najciekawszą jest chyba holokracja. To nowy modny model zarządzania, który sprowadza się do tego, że w firmie nie ma szefów. Znajdują się w niej ośrodki władzy, każdy pracownik ma przypisaną rolę i kompetencje, ale co do zasady nie ma kapitana okrętu. Liczne grupy znajdujące się w jednym powiązanym systemie wzajemnie na siebie oddziałują i współpracują – zwykle projektowo. Zacznijmy od tego, że w polskim porządku prawnym jest to niemożliwe (chyba, że firma na prezesa wybiera tzw. „słupa”). Powodzenia w poszukiwaniu inwestora!

Zapoznanie się z nazwą stanowiska, które da się skrócić do trzech liter, to czasem jedyna wartościowa rzecz, którą można wynieść z pracy przy takim start-upie. W mojej opinii na samym początku młody biznes powinien skupić się przede wszystkim na dopracowaniu produktu/usługi, a nie na przeczesywaniu LinkedIn-a w poszukiwaniu inspiracji na nazwę stanowiska pracy.

Prezentacje polskich start-upów często zawierają więcej grafiki niż treści

Tutaj trzeba uczciwie napisać, że nie powinno się generalizować, bo idzie ku lepszemu. Niemniej, wciąż spora grupa hurra optymistycznych projektów nie odpowiada na kluczowe pytania, np. jakie zasoby już zgromadzono; jakie jest otoczenie prawne; jak dostarczana będzie usługa, jaki jest profil klienta, etc. Często składają się też z samych „szans” i „potencjału”, ale brakuje im chłodnej analizy obszarów niepewności i ryzyka.

Zwykle kluczowym elementem prezentacji jest prognoza finansowa wg jednego scenariusza, gdzie zysk zmierza do plus nieskończoności. Firma nie dzieli też swojego rozwoju na etapy. Nie chodzi o to, by business plan koniecznie zawierał całą skomplikowaną macierz scenariuszy, ale by pokazać, że ma się świadomość nie tylko celu strategicznego, ale również celów taktycznych, jak również wyczucie cyklu życia organizacji.

Inaczej mówiąc, tworząc startup na samym początku jest bardzo dużo pracy. Potem jest jeszcze więcej. W przypadku fintechowych startup-ów trzeba to jeszcze podnieść do kwadratu. Sama „kreatywność” to za mało, musi być też miejsce dla „doświadczenia”.

CDN…

Fot. Pixabay


Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

Pokaż komentarze (0)

najglupsze-teksty-fintechow