Promesa licencji od regulatora – no way

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak
#KNF
Opublikowano: 25 czerwca 2018 Aktualizacja: 15 kwietnia 2019

Spora część sektora Fintech zasadniczo sprowadza się do oferowania produktów finansowych przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii internetowych. Sektor finansowy jest rynkiem regulowanym i nadzorowanym. Wiele podmiotów, by rozpocząć na nim działalność najpierw musi uzyskać zgodę instytucji nadzorującej. Uzyskanie licencji wymaga czasu i nakładów finansowych, których zwykle nie mają startupy fintech. Często ich produkty są na tyle innowacyjne, że wymogi prawne nie przystają do ich oferty, co czasem sprowadza organizację firmy do absurdu. Rozwiązaniem dla nich ma być piaskownica regulacyjna, ale o „promesie licencyjnej” mogą zapomnieć.

Promesa to przyrzeczenie, że spełniając odpowiednie warunki i dopełniając odpowiednie formalności, instytucja publiczna wyda odpowiednią decyzję. Dzisiaj nie wiadomo jak długo będzie trwać proces uzyskania licencji np. instytucji płatniczej. Może dwa lata, a może rok. To zależy. Oznacza to, że wiele firm nie może podejmować działań biznesowych, np. podpisywać kontraktów z partnerami, bo nie mają żadnej pewności co do realnego terminu rozpoczęcia działalności. Jasne, zawsze można powiedzieć, że w ciągu dwóch lat ma się 90% pewność na to, że co się wydarzy, ale mówimy tu o okresie, w którym można urodzić dziecko i nauczyć je chodzić.

Działaj globalnie albo na dużym rynku

Coraz więcej ludzi – ekspertów, dyrektorów, prezesów, „influencerów” zwraca uwagę (szczególnie na LinkedIn), że polskie startupy fintechowe tudzież prawie dorosłe fintechy, które chcą zwiększyć skalę (czyt. uzyskać rentowność) muszą projektować biznes pod działania globalne a nie tylko krajowe. Jak poradzi sobie z tym polska piaskownica? W tym kontekście zauważalnie tworzy się konkurencja reżimów prawnych – po co marnować czas na procedury w Polsce, skoro na Litwie, która też jest członkiem Unii Europejskiej, licencję można uzyskać w „trzy miesiące”. Jasne, Litwa ma swoje wady, ale my też je mamy. Można napisać, że jesteśmy poważniejszym krajem i nasz nadzór cieszy się lepszą reputacją, ale czy jesteśmy pewni, że tak jest. Kapitał wybiera szybkość i elastyczność. Bezpieczeństwo to standard.

Piaskownica regulacyjna ma być właśnie takim rozwiązaniem, które umożliwi tańsze rozpoczęcie działalności fintechowej w mniejszej skali, w celu przetrwania i przetestowania modelu biznesowego do czasu, aż uzyska pełną zgodę na działalność. Na początek szykowana jest w Polsce tzw. wirtualna piaskownica regulacyjna. Nie można mieć pretensji do KNF-u, że stara się zrobić cokolwiek. Mają kiepskie karty, ale strategia jest dobra. Skoro nie można przyśpieszyć procesu ustawodawczego, to trzeba działać na tym co jest.

„Dopóki nie wprowadzimy odpowiednich zmian regulacyjnych, piaskownica nie będzie do końca funkcjonować tak, jak byśmy tego chcieli. Dlatego to, co możemy zrobić w okresie przejściowym, to zapewnić sektorowi FinTech taki zakres działalności piaskownicy regulacyjnej, który nie wymaga zmian przepisów” – czytamy w wywiadzie z Arturem Granickim. Mądre i rozsądne podejście.

Piaskownica to też koszt

Wejście do piaskownicy też będzie kosztować – firmę, która testuje rozwiązanie m.in. za sprawą etatów oddelegowanych do kontaktów z KNF-em, a także podatnika, który bardzo pośrednio, ale jednak wciąż finansuje KNF. Budżet tej instytucji składa się głównie ze składek podmiotów nadzorowanych (kasa najpierw idzie do budżetu państwa), ale te działają na rynku polskim zatem „podatek” jest ukryty w cenie ich usług.

Ponadto możliwość działania w ramach tego rozwiązania nie będzie oznaczać równouprawnienia z podmiotami, które mają pełne licencje. Prawdopodobnie trzeba będzie poinformować klientów o tym, że korzystając z usług podmiotu z piaskownicy będą musieli zaakceptować pewne ryzyko. Nie jest to komfortowa sytuacja ani dla klienta, ani dla KNF-u. Bo co jeśli fintech z piaskownicy zawiedzie i klienci stracą pieniądze? Na razie nie ma pewności, czy w ogóle działając w piaskownicy będzie można kierować do nich ofertę. W razie niepowodzenia nie ma opcji, żeby konsument zrozumiał iż podmiot był tylko trochę regulowany, bo działał w piaskownicy i trzeba było liczyć się z ryzykiem. Media, zapowiedzi komisji śledczych, prokuratur – to oczywiste konsekwencje.

Z drugiej strony, gdy biznes będzie już na tyle zweryfikowany, że posiądzie prawo do kierowania oferty do klientów, to czemu dalej miałby w tej piaskownicy siedzieć? To zależy od tego, kto do tej piaskownicy trafi. Obecnie spora część firm z dobrym pomysłem, ale nie koniecznie możliwy do realizacji (czytaj: Polacy tego nie kupią), będąc po pierwszej lub n-tej rundzie finansowania, w zasadzie żyje z tego, że prowadzą działania medialno-konferencyjne. Wejście do piaskownicy to wspaniała wiadomość dla inwestorów: „już prawie jesteśmy u celu, jeszcze dwie, trzy rundy i będziemy jednorożcem. Popatrzcie, testujemy się w piaskownicy przy KNF-ie, dajcie nam jeszcze ze dwa miliony”.

Trzeba się nad tym dobrze zastanowić

Piaskownica regulacyjna to rozwiązanie dobre na tę chwilę i ma duży potencjał, ale tylko wtedy, gdy nie będzie miało charakteru stałej prowizorki. O promesie licencyjnej można zapomnieć, bo ryzyko posługiwania się dokumentem z logiem KNF-u przez podmioty, które jeszcze licencji nie dostały i coś nabroją też jest spore. Materia jest delikatna, ale podejmowanie decyzji ułatwia fundamentalny cel, którym jest ochrona rynku finansowego, w tym interesu klientów. Jest to zbieżne z kulturą fintechu.

Foto: Pixabay. Emanacja złej piaskownicy w praktyce. Każdy ma swoje wiaderko i grabki po to by robić babki z piasku. Ładne, ale bezsensu w długim terminie:)


Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

Pokaż komentarze (0)

promesa-licencji-od-regulatora-no-way