Prywatna inflacja. Fintech mógłby pomóc ją sprawdzić

Główny Urząd Statystyczny podał dane o inflacji w listopadzie, która wyniosła 1,2% rdr. To dobry odczyt, który ucina spekulacje o potrzebie szybkiej podwyżki stóp procentowych. Jednocześnie w sieci pojawiły się zarzuty, że inflacja podawana przez GUS jest stanowczo za niska, bo odczuwalny wzrost cen przez społeczeństwo jest znacznie wyższy. 

Widmo podwyżki stóp procentowych oddala się

Konsensus rynkowy zakładał, że inflacja w listopadzie wyniesie 1,5% rdr, zatem wynik ostateczny pozytywnie zaskoczył ekonomistów. Jest też to prezent dla Narodowego Banku Polskiego, a konkretnie Rady Polityki Pieniężnej, która przy tej okazji może odrzucić wniosek o podniesienie stóp procentowych. Stopa procentowa to ultra istotny wskaźnik dla gospodarki – bezpośrednio reguluje ona cenę kapitału na rynku międzybankowym. 

Polacy posiadający kredyty hipoteczne powinni uważnie śledzić jej odczyty, bo ma ona wpływ na wysokość rat kredytów. W Polsce póki co nie ma mody na kredyty hipoteczne ze stałym oprocentowaniem. Każde podniesienie stopy procentowej o 25 pkt bazowych powoduje wzrost raty kredytu o ok. 40 zł na każde 100 tys. zaciągniętego zobowiązania. Podniesienie stóp procentowych oznacza wzrost rat kredytów, a to oznacza wprowadzenie dodatkowych tematów do rozmów przy niedzielnym obiedzie…

O inflacji w ekonomii napisano już praktycznie wszystko

Niektórzy twierdzą, że powinna być maksymalnie niska, nawet ujemna (deflacja). Inni, że zdrowy poziom mieści się między 1% a 2,5%. Spór ekonomiczny dotyczący tej materii może nie mieć końca, bo zawsze jest jakieś „ale”, „inne czynniki”, „nieuwzględnione lub uwzględnione okoliczności”.

Fakt jest taki, że inflacja podawana przez Główny Urząd Statystyczny jest coraz częściej kwestionowana przez społeczeństwo. Nie wolno tego ignorować. Warto pamiętać, że w zasadzie jest to wskaźnik dla ekonomistów. Jest on kompletnie nieprzydatny w dyskusji z człowiekiem, który ma swój własny koszyk dóbr i usług, na które wydaje ciężko zarobione pieniądze. Stwierdzenie, że oficjalny wskaźnik inflacji wzrósł o 1,2% a tymczasem tenże człowiek w ręku trzyma paragon, z którego wynika, że wydał o 10% więcej na takie same zakupy spożywcze niż miesiąc temu – ujmując to dyplomatycznie – mija się z celem.

Podam przykład. Rok temu za MacBooka Air w Media Markt 128 GB płacono 3,6 tys. zł brutto. Cena tego samego komputera (nie chodzi o nowy model) rok później wynosi już 3900 zł… Ale jak to? A teraz odwrotnie – rok temu za iPhone 7 trzeba było zapłacić 2,4 tys. zł, a dzisiaj kosztuje już 1,8 tys. zł. I tak sypać przykładami można bez końca. Nie ma opcji, by dojść do jednego wspólnego wniosku o poziomie cen.

Zróbmy ten e-paragon

Fintechy mogą rozwiązać ten problem, tylko trzeba wykonać pracę także po stronie ustawodawcy. Każdy Polak może sobie policzyć swoją prywatną inflację (konkretnie to prywatne CPI, consumr price index), ale musiałby zbierać i sczytywać paragony, następnie dane wrzucać do excela lub innego programu do finansów osobistych. Tylko najbardziej gorliwi ludzie tak robią. Sprawę można by uprościć wprowadzając e-paragon, który byłby wprost przesyłany na adres e-maill, wskazanego programu do analizy finansów osobistych lub bankowości elektronicznej. Nad tym ostatnim sposobem pracuje Visa, która zapowiedziała, że uruchomi taką funkcję już na początku 2019 roku. Nie chciałbyś wiedzieć dokładnie ile wydałeś pieniędzy na batoniki lub zostawiłeś u Pana kanapki? Nie szacunkowo, tylko dokładnie – co do grosza!

Skoro mamy JPK, to można pójść krok dalej i wprowadzić podobne rozwiązanie dla ceny. Sklepy handlowe mogłyby przesyłać pliki z aktualnymi cenami dla danych produktów (każdy ma swój unikalny kod kreskowy) do resortu finansów. Może udałoby się to wdrożyć na blockchainie? Resztę można sobie wyobrazić. Nie byłoby to tanie, nie byłoby też tak proste, ale co do zasady efekt byłby taki, że mielibyśmy w posiadaniu bardzo aktualne i rzetelne dane o cenach w gospodarce, a to zapewne ułatwiłoby podejmowanie właściwych decyzji.

Gdyby dodać do tego jakieś skromne API to mielibyśmy Big Data z prawdziwego zdarzenia. Gospodarstwa domowe też mogłyby lepiej planować swoje budżety. To byłaby z pozoru drobna zmiana, która miałaby kolosalne znaczenie. W końcu każdy student ekonomii na pierwszym rynku uczy się o tzw. idealnym rynku, gdzie doskonała informacja o cenach jest elementem potrzebnym do zachowania równowagi. Cierpimy na kompletny brak wiedzy o tym co się dzieje za rogiem. Jak zatem mamy być racjonalni? 

/ŁP