Unijna rewolucja w Internecie. „Nowe ACTA” czy zmiana na lepsze?

Łukasz Piechowiak
Łukasz Piechowiak
#Fintech
Opublikowano: 28 czerwca 2018, 14:19 Aktualizacja: 21 lutego 2019, 21:53

Wykop szaleje na punkcie „nowego Acta”. Nowelizacja dyrektywy unijnej w sprawie praw autorskich wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony mówi się o ochronie praw autorskich i majątkowych twórców, walki z piractwem i zwiększeniu pozycji rzetelnych wydawców, a z drugiej o tzw. „podatku od linków”, „zamachu na wolność słowa w internecie”, „o końcu memów” i narażeniu serwisów social media na poważne koszty, co uniemożliwi ich rozwój w bezpłatnej wersji dla użytkowników.

Największe kontrowersje wywołują dwa artykuły dyrektywy: art. 11 i art. 13. Artykuł 11 dotyczy praw pokrewnych wydawcom. W największym skrócie sprawa rozbija się o wynagrodzenia za publikowanie fragmentów treści danego wydawcy w internetowych agregatorach treści, np. Wykop, Google News. Z kolei w artykuł 13 dotyczy odpowiedzialności platform internetowych za treści objęte prawami autorskimi, np. Facebook w praktyce będzie musiał na własną rękę sprawdzić, czy publikowane przez użytkowników teksty, zdjęcia, filmy, etc., nie naruszają cudzych praw autorskich. Część ekspertów uważa, że to akurat dobry mechanizm, bo nie wymieniając nazw mamy na rynku kilka serwisów internetowych, które nie chcą brać odpowiedzialności za to, że ich „użytkownicy” udostępniają pirackie treści (bo gdyby brały to by nie istniały, dlatego są popularne i na tym polega ich biznes). Nazw nie podam, bo są głośne, gryzą i szczekają a prawnicy litości nie mają.

 

 

Fragment Dyrektywy parlamentu europejskiego i rady w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym 2016/0280/COD:

Artykuł 11

Ochrona publikacji prasowych w zakresie cyfrowych sposobów korzystania

  1. Państwa członkowskie zapewniają wydawcom publikacji prasowych prawa przewidziane w art. 2 i art. 3 ust. 2 dyrektywy 2001/29/WE w zakresie cyfrowych sposobów korzystania z ich publikacji prasowych.
  2. Prawa, o których mowa w ust. 1, nie naruszają jakichkolwiek przewidzianych w prawie Unii praw autorów i innych podmiotów praw w odniesieniu do utworów i innych przedmiotów objętych ochroną zawartych w publikacji prasowej, i nie mają na te prawa żadnego wpływu. Na prawa te nie można się powoływać przeciwko autorom i innym podmiotom praw, a w szczególności na ich podstawie nie można pozbawiać autorów i innych podmiotów praw ich prawa do eksploatacji swoich utworów i innych przedmiotów objętych ochroną niezależnie od publikacji prasowej, w skład której wchodzą te utwory lub przedmioty.
  3. W odniesieniu do praw określonych w ust. 1 stosuje się odpowiednio art. 5–8 dyrektywy 2001/29/WE i dyrektywy 2012/28/UE.
  4. Prawa, o których mowa w ust. 1, wygasają 20 lat po opublikowaniu danej publikacji prasowej. Termin ten liczy się od dnia pierwszego stycznia roku następującego po dacie opublikowania.”

Artykuł 13

Korzystanie z treści chronionych przez dostawców usług społeczeństwa informacyjnego polegających na przechowywaniu i zapewnianiu publicznego dostępu do dużej liczby utworów i innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez użytkowników

  1. Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, którzy przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez swoich użytkowników, we współpracy z podmiotami praw podejmują środki w celu zapewnienia funkcjonowania umów zawieranych z podmiotami praw o korzystanie z ich utworów lub innych przedmiotów objętych PL31 PL ochroną bądź w celu zapobiegania dostępności w swoich serwisach utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zidentyfikowanych przez podmioty praw w toku współpracy z dostawcami usług. Środki te, takie jak stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści, muszą być odpowiednie i proporcjonalne. Dostawcy usług przekazują podmiotom praw adekwatne informacje na temat funkcjonowania i wdrażania środków, a także, w stosownych przypadkach, adekwatne sprawozdania na temat rozpoznawania utworów i innych przedmiotów objętych ochroną oraz korzystania z nich.
  2. Państwa członkowskie zapewniają wdrożenie przez dostawców usług, o których mowa w ust. 1, mechanizmów składania skarg i dochodzenia roszczeń, które są dostępne dla użytkowników w przypadku sporów dotyczących stosowania środków, o których mowa w ust. 1.
  3. W stosownych przypadkach państwa członkowskie ułatwiają współpracę między dostawcami usług społeczeństwa informacyjnego a podmiotami praw poprzez dialog zainteresowanych stron w celu określenia najlepszych praktyk, takich jak odpowiednie i proporcjonalne technologie rozpoznawania treści, biorąc pod uwagę m.in. charakter usług, dostępność technologii i ich skuteczność w świetle rozwoju technologii.”

Dyrektywa i co dalej?

Dyrektywa nie jest długa, bo liczy tylko 36 stron. Sugerujemy zapoznanie się z jej treścią i zastanowienie, czy sprawy faktycznie idą w dobrym kierunku. Implementacja dyrektywy wymaga uchwalenia odrębnej ustawy w prawie krajowym. W istocie oznacza to, że ministerstwo – w tym wypadku najprawdopodobniej chodzi o resort kultury, będzie musiało przygotować odpowiedni projekt ustawy, który musi być zgodny z duchem dyrektywy. Nierzadko treść ustawy tylko trochę koresponduje z brzmieniem dyrektywy, a czasem stosuje się po prostu technikę „kopiuj – wklej”. Warto też pamiętać o tym, że dosyć często dochodzi do rozbieżności w tłumaczeniu prawa na j.polski i jego poprawnej interpretacji. Dlatego naprawdę warto porównywać polską wersję dyrektywy z angielską.

Projekty ustawy przygotowywane przez ministerstwa powinny trafić do konsultacji publicznych więc zawsze jest szansa na częściowe przekonanie projektodawców do pewnych drobnych korekt, ale tylko w ograniczonym zakresie. Następnie ustawa jest zatwierdzana przez rząd i wnoszona do Sejmu, gdzie różne rzeczy mogą się wydarzyć. Znając polskie realia nie można wykluczyć, że w toku tworzenia projektu ustawy dołoży się do niej niespodziewane rozwiązania w ramach kompleksowej nowelizacji szeregu innych ustaw pokrewnych (może abonament, może ustawa medialna). Implementacja prawa unijnego to zwykle doskonała okazja do tego by przepchnąć niektóre stare pomysły niejako przy okazji. Jakie? Czasem dobre, czasem złe. To zależy od inwencji i wyobraźni projektodawców. I oczywiście interesów.

 

Komentarz dr Mariana Szołuchy

Jednolity rynek cyfrowy Unii Europejskiej zaczyna nabierać realnych kształtów. Tyle, że zamiast innowacyjności i bezpieczeństwa szykują są cenzura i opłaty. W prawie niezauważony przez opinię publiczną sposób kolejne etapy brukselskiej ścieżki legislacyjnej przechodzi właśnie projekt nowelizacji dyrektywy o prawie autorskim, który może zrewolucjonizować oblicze internetu. Wszystko wskazuje na to, że lobbują za nim zwłaszcza Niemcy i ich wielkie koncerny prasowe.

Dwa zapisy tego projektu budzą najwięcej kontrowersji – opłaty od linków i zautomatyzowane filtry, które miałyby ex ante sprawdzać publikowane w sieci treści pod kątem naruszeń prawa. Wszystko dzieje się, jak zwykle w takich przypadkach, pod pretekstem wzmocnienia ochrony praw autorskich, walki z piractwem, cywilizowania zasad funkcjonowania internetu etc. etc. Niemniej, szczególnie z polskiej perspektywy, trudno mieć wątpliwości, że podobne regulacje oznaczać będą znacznie więcej strat niż zysków. Kieszenie internautów będą drenowane, wzrosną bariery wejścia do aktywnej działalności w sieci, siłą rzeczy ograniczona zostanie swoboda wypowiedzi i dostęp do wiedzy, za to fake newsy zyskają na popularności.

/JanRy


Tekst chroniony prawem autorskim. Każdorazowe kopiowanie wymaga zgody redakcji.

Pokaż komentarze (0)

unijna-rewolucja-w-internecie